15 października, 2017

O tem, że czasem życzliwy neutralny sąsiad od niechętnego alianta jest lepszym...

...czyli ex libris Wachmistri kolejne: broszureńka niewielka, ledwo kart parę licząca o relacyjach z Madziarami nas łączących w czas bolszewickiej wojny dwudziestego roku... Thema mało znana, półgębkiem czasem wspominana i czeguś jakby niechętnie przez historyków i polityków stron obu... Nawet do napisania tejże broszureńki z początkiem lat trzydziestych potrzeba nam było... Francuza...
   By Lectorowie sobie własnej w tem względzie mogli wystawić opinii, umyśliłem onej dać tu in extenso, osobliwie, że rzecz jest naprawdę niewielka... A szczególnej Lectorów uwadze przedkładam myśli osobiste autora, w dwóch ostatnich akapitach zawarte...















08 października, 2017

O drobnowidle, czyli Stowarzyszenia Zapomnianych Wynalazców continuum...

   Drobnowidło, czyli po dzisiejszemu mówiąc: mikroskop... Pomieszczam tę notkę w kategorii "zapomnianych wynalazców", aliści nie dlatego iżbyśmy ich miana nie znali... Przeciwnie: jak rzadko kiedy przy wynalazkach, nader dokładnie znamy i twórców, a i czas, jako i mieśćce, gdzież tego dokonano. Znamy, że - pominąwszy dawniejsze faraonów zabawki z kryształami uwiększającemi i opisywane tu ongi soczewki dawnej Babilonii - owego urządzenia pierwsi zmajstrowali Niderlandczykowie Zacharias Janssen z oćcem swem Hansem pospołu, zasię stało się to gdzieści około 1590 roku po narodzeniu Chrysta Pana. Od nich to powziął swego konceptu Italczyk Galileo, aliści onemu owe soczewki w tubie posłużyły do pozierania na niebiosa i ów z ich pomocą ordynku szukał pomiędzy gwiazdami, nie zaś między drobniuchnemi istotkami na ziemi, czy nawet i na ciałach naszych...
   Dzieło Janssenowe w swej pierwotnej idei podjął Olęder inszy, Anton van Leeuwenhoek z górą pół wieku później i to onemu przyszło najpierwszemu oglądać ameby, bakterie, plemniki i to jakaż kości naszych i krwie konstrukcyja... Aliści w tem właśnie, że ów był w tem dziele sam i to, że ja ów wynalazek mam za przepomniany, tego się właśnie czasu tyczy po onegoż odkryciach, gdy zdało by się, że oto przed medycyną i naukami przyrodniczemi się świat bez mała cały otworzył, dopotąd nieznany... 
   A jednak nie... O wieleż teleskopy i onych pochodne w rodzaju lunet i późniejszych lornet i lornetek poczęły swego tryumfalnego pochodu, powszechnie przez podróżników, żeglarzy i żołnierzy używane, tak odwrotność onegoż - nasze drobnowidło poszło niemal w zapomnienie... Dopieroż w Roku Pańskim 1687 cośkolwiek tam drgnęło za sprawą Givanniego Bonomo, italskiego medyka, co się kmiotkom drapiącym przypatrywał i wpadł na to, by takowego nakłuć dla próbki i onej pod drobnowidłem przepatrzeć, tem sposobem stając się odkrywcą "żyjącego stworzenia, kształtem przypominającego żółwia, lecz zwinnego, o sześciu odnóżach, szpiczasto zakończonym łebku i dwóch małych rogach na końcu", czyli świerzbowca... Przy sposobności też odkrył na własnym, cokolwiek bolesnym przykładzie, że się toto cholerstwo z człeka na człeka arcyzgrabnie przenosi...
   A mimo to drobnowidło z górą stulecia czekało kolejnego na udoskonaloną soczewkę Stanhope'a i krzynę większą ilość zwolenników tegoż utensylium, a potem wiek znów kolejny niemal cały na usunięcie z zakrzywionych kształtów aberracyj niechcianych przez Zeissa i kolejnego mikroskopów pioniera Ernesta Abbego, których znów przyrządy dopomogły  Santiago Ramón y Cajalowi w dostrzeżeniu neuronów tkanki nerwowej naszej. Ale czyż mogło być inaczej, skoro szarlatani medycy ówcześni za nic te odkrycia mięli? Pisał pod rokiem 1685 Robert Hooke: "Mikroskop ma obecnie tylko jednego wielbiciela, którym jest pan Leeuwenhoek; poza nim nie słyszyłem o nikim [po prawdzie mógł tam wymienić siebie -przyp.Wachm.], kto używałby tego przyrządu do czegoś innego niż do zabawy albo dla rozrywki..."
   Thomas Sydenham, sam lekarz z prawdziwie najwybitniejszych, dla zasług swych zwany angielskim Hipokratesem, był wielce wobec mikroskopu sceptycznym i głosił, że badania medyczne należy ograniczyć do "zewnętrznej powłoki rzeczy". Kolejny z wielkich, Niderlandczyk Jan Swammerdam, pomimo tego, że pół żywota bez mała nad mikroskopem prześlęczał, przyszedł był na koniec do konkluzyi, że przyglądanie się dziełom Boga ze zbyt bliskiej odległości doprowadziłoby do osłabienia wiary i dla tej przyczyny dalszych swych badań poniechał...
   I ta jest prawdziwa przyczyna, dla której postęp medycyny się najmniej o lat dwieście opóźnił, nie zaś, jak jeszcze i pewnie dziś możecie poczytać w księgach i portalach przeróżnych, że dawniejszym mikroskopom daleko było do doskonałości... Cależ niedawnem czasem, bo w 1989 roku wzięły się optyki  z najznamienitszych laboratoriów za przetestowanie kilku zachowanych mikroskopów Leeuwenhoeka i zdumieni byli ich znakomitemi możliwościami, bynajmniej nie gorszemi od większości drobnowideł z ery przedelektronowej...



01 października, 2017

Cytat miesiąca...

tem razem z Jarosława Iwaszkiewicza:
"Wielu ma rywalów książka w naszych czasach - i przez to staje się niemodna. Radio, telewizja, kino - lwią część zabrały te wynalazki z uroku książki. Jednej rzeczy nie mogą jej zabrać: jej ciszy, jej milczenia... Milczenie to - to jest czara, którą możemy napełnić własną treścią, własną wyobraźnią."

22 września, 2017

Sprawa Teofila Kupki czyli o śląskości słów kilka...

Nim przecie do spraw dalszych, naszego, poniekąd i mimo wolej powstającego
cyklu o powstaniach śląskich przejdziemy, godzi się co godnego wypić za pamięć 
 5 Pułku Ułanów Zasławskich w przeddzień rocznicy ich niebywałej zgoła pod
 Zasławiem szarży, która słusznie do legend jazdy naszej już przeszła...:))

   Być to nie może, iżbyśmy się jeno naszemi wiktoryjami zachwycali dawnemi, luboż inszemi dokonaniami, w podziwieniu dla samych siebie trwając niekoniecznie zasadnym, a poniechali spraw, co się cieniem na obrazie naszym kładą, osobliwie, że co i rusz to chcemy, by to insi za swoje względem nas dawniejsze przewiny nas przepraszali i głów popiołem posypywali... Pewno, że są tacy, co to wierzą, że my Polacy, złote ptacy i że to wszyscy jeno zawsze nas gnębili i prześladowali, a my nigdy nikogo, a polski żołnierz nawet jeśli kogoś zamordował, zgwałcił czy ograbił, to po pierwsze niechcący, albo w stanie wyższej konieczności i z najwyższą niechęcią, a po wtóre temu komuś się to właściwie należało... Jeśli owi w dodatku z tych, co za nic sobie tejże wiary odebrać nie pozwolą, tandem niechaj ciągu dalszego poniechają, bo im tego kaducznie przykro czytać przyjdzie...
   Nim jednak do rzeczy właściwej przejdę, jednego, mniemam, powiedzieć będzie potrzeba koniecznie... Idzie o coś, co dawniejszej Rzeczypospolitej było i niejako sednem, a dzisiejsza bodaj z jednymi Ślązakami ma z tem problem niejaki. Owoż, podług mnie, w Rzeczpospolitej Obojga Narodów, co stała Polakami, Litwinami, Rusinami, Niemcami, Prusakami (rozumianymi jako mieszkańcy Prus tak Książęcych, jako i Królewskich), Żydowinami, Ormianami, Tatarami, że nacyje wyliczę najpryncypalniejsze, drobniejszych, osobliwie przyjezdnych Olędrów, Szkotów, Italczyków, Wołoszan et caetera, et caetera... niechając, byłoż wszytkim oczywiste, że to jednego króla poddani, ergo nawet jako nie rodacy i jednowiercy, przecie swoi... I tem to bogactwem różnorodności ta Rzeczpospolita stała, nawet jeśli się tam czasem jedni z drugimi poszturkali, a i może łeb spadł jaki, co i tak na tle tamtocześnej Europy oazą było tolerancji i spokoju, a psować się poczęło za jezuitów i państw ościennych sprawą... Nikt nikomu nie kazał się określać, że on nie Żyd, luboż nie Niemiec, jeno Polak, jeśli przeciw władzy króla nie wstawał i podatków płacił!  Z czasem za nacjonalizmów narodzinami, a u nas jeszczeć i za doświadczeniami smutnemi, gdzie owi "obcy" najczęściej, choć liczne przecie dowody zupełnie temu przeciwne, byli w pierwszych szeregach lojalności nowych za zaborców nastaniem, przyszło k'temu, że się na obcego baczyło nieufnie i z podejrzliwością, a najtrudniej z tem było na okrainach ziem naszych, osobliwie tych, które z dawną "polskością" jeno jaki krótszy lub dłuższy łączył przed wiekami epizod. 
    Jakoś tak się utarło rozumieć, że wszystkie te ziemie to nasze dawne polskie i piastowskie, a to, że w skład Korony nie wchodziły od dobrych siedmiu stuleci, to i tak podświadomie uważamy, że przechowanie przez tamecznych polskości było niejako ich powinnością, którą oczywiście cenimy i doceniamy, ale jeśli który tam jednak, nie daj Bóg, nie był z nami, to zaraz zdrajca i przeniewierca, folksdojcz i szubrawiec... I nie dociera, że takie myślenie jest z gruntu ahistoryczne, bo sądzić kogoś najwłaściwiej, to sądzić kryteriami moralnemi jego własnej epoki. I jeśli w tej epoce nie rozumowano kategoriami narodowości, tylko lojalności wobec tego, czy innego panującego, to trudno mówić o patriotyzmie takim, jakim dziś go chcemy pojmować. 
   Jest w niemczyźnie znakomite rozróżnienie, którego polszczyźnie, podług mnie, brakuje: Ojczyzna, rozumiana jako ta wielka, ta za którą się idzie walczyć, gdy trzeba; ta z hymnem i flagą, to Vaterland, ale jest i ta mała, Heimat, ta sercu najbliższa, która przemawia do każdego, bo w niej są wszyscy ci bliscy, jest i dom rodzinny, i rzeczka, w której się człek kąpał, czy ryb łowił, jest i to drzewo, pod którem się poznało smak pocałunków... słowem coś rzeczywistego, istniejącego i naznaczonego własnymi śladami emocyj... Mam wrażenie, że Ślązakom nie dozwolono, by ich Heimat przerodził się w Vaterland i że zarówno Niemcy, jak i my, postawiliśmy ich niejako pod ścianą konieczności uznania, że ten Heimat to cząstka albo Ojczyzny, albo Vaterlandu... Tertium non datur?
   Otóż datur, choć owe pierwociny czegoś, co można by dziś interpretować jako próbę wykreowania śląskiej tożsamości narodowej, okrutnie były mizerne... Być może i temuż, że nie stały za nimi rządy, ani żadne potęgi, groszem sypnąć gotowe, a być może i temuż, że to chyba jednak było trochę uświadamianie sobie swej tożsamości przez przekorę: nie czuję się Niemcem, ale i Polakiem też nie, zatem cóż mi zostaje?
  Teofil Kupka urodził się w Marklowicach pod Wodzisławiem w 1885 roku, czyli w 1920, gdy Korfanty organizował Polskiego Komisariatu Plebiscytowego z siedzibą w bytomskim hotelu "Lomnitz", miał lat 35. Z pewnością zatem to już mężczyzna dojrzały, o skrystalizowanych poglądach... Korfantemu zapewne przedstawiano go jako znanego działacza Towarzystwa Polsko-Katolickiego, człowieka wykształconego i względnie sprawnego zarządcę pracy wielu podległych mu ludzi, przynajmniej tak to sobie wyobrażam, wnosząc z charakteru wcześniejszej pracy Kupki, jako urzędnika w kopalni. Kupka objął kierownictwo Wydziału Organizacyjnego, jednego z wielu wydziałów Komisariatu, ale mniemam, że bodaj czy i nie najważniejszego: to Kupce podlegały setki agitatorów działających w terenie...
   W ciągu kilku miesięcy jednak stosunki pomiędzy Kupką i Korfantym się mocno pogorszyły i to tak dalece, że Kupka wręcz postawił Korfantemu warunki dalszej współpracy. Miały nimi być: zmiana sposobów działania w kampanii plebiscytowej, w tym przede wszystkim zaniechanie terroru wobec górnośląskich Niemców, w samym Komisariacie coś, co dziś byśmy może nazwali śląskim parytetem, czyli równość Ślązaków i ludzi napływowych, głównie Wielkopolan. Trzeba przyznać, że Korfanty, sam Wielkopolanin, faktycznie otoczył się głównie swoimi krajanami, co zresztą żeśmy mogli na przykładzie Mielżyńskiego prześledzić. Kupce szło zresztą nie o ilość, ale i o rangę zajmowanych stanowisk... No i zażądał gwarancji, że w przyszłym województwie śląskim, które Polska ustami działaczy plebiscytowych obiecywała Ślązakom, to oni sami obejmą najważniejsze urzędy, a nie, jak dziś byśmy powiedzieli: "spadochroniarze" z Warszawy czy Poznania... 
   Znamienna jest reakcja Korfantego, który nie podjął żadnych z Kupką rozmów, czy pertraktacji, a wręcz nakazał go usunąć z Komisariatu i odebrał wszelkie pełnomocnictwa do działania. Rezultat był łatwy do przewidzenia: za Kupką odeszło kilkudziesięciu mniej lub bardziej znanych działaczy śląskich, którzy wrześniem 1920 roku założyli Górnośląskiego Komitetu Plebiscytowego. Nawiasem też w Bytomiu, o parę ulic od hotelu "Lomnitz", co pewnie dodatkowo wzburzyło Korfantego.
  Kolejnem, co podrażnić mogło, to to, że się Kupka zbliżył do Związku Górnoślązaków(Bund der Oberschlesier), organizacji w podobnym duchu działającej i głoszącej potrzebę niepodległości Śląska już od roku 1919 co najmniej. Tęgo tę organizację wspierał, znany zapewne większości Lectorów z filmu Imci Bajona "Magnat", książę pszczyński Jan Henryk XV Hochberg von Pless, ale i ona sama była na scenie politycznej ewenementem prawdziwie na uwagę zasługującym. Już choćby dlatego, że była organizacją ponadpartyjną i skupiała poza niemieckimi komunistami i socjaldemokratami z niewielkiej, rozłamowej USPD oraz Polakami od Korfantego, WSZYSTKIE reprezentowane na Śląsku partie polityczne i ruchy, zarówno te, które uznawalibyśmy może i za polskie (katolicy Napieralskiego), jak i niemieckie... Kryterium porozumienia stanowiło przyjęcie stanowiska niewyobrażalnego dla nacjonalistów tak jednej, jak i drugiej strony: że istnieje naród górnośląski, posługujący się obydwoma językami i czerpiący z obydwu kultur, który nie chce być na siłę dzielony na Polaków i Niemców, oraz przekonanie, że największą dla Śląska tragedią będzie jego podział. Fakt, że ten związek, jako i poglądy ludzi w nim skupionych ewoluowały, czego najlepszym dowodem, że z trzech głównych przywódców do końca pozostanie na stanowisku swojem adwokat Ewald Latacz, a bracia Reginkowie (ksiądz Tomasz i doktor Jan) odejdą w końcu do Korfantego. Ale też faktem jest, że tą ideę popierały dziesiątki tysięcy ludzi, a z władzami Związku zupełnie poważnie pertraktowali zarówno alianci, jak i np. władze czechosłowackie, które uznały ten koncept za akceptowalny i zgłosiły (w razie jego realizacji) gotowość zrezygnowania z własnych roszczeń do południowych powiatów Śląska. Niemcy niemal do końca traktowali Związek dość neutralnie, za to Polacy przyjęli to jako sprytną dywersję niemiecką i od początku reagowali wrogo, rozbijając wiece Górnoślązaków i organizując pobicia ich działaczy.
   Teofil Kupka miał ambicję stać się ze swoim Górnośląskim Komitetem Plebiscytowym plebiscytowym reprezentantem Związku Górnoślązaków i pierwotkiem nawet przyjmował za swoje ich żądanie niepodległości dla Śląska, którą nazywał "wolnopaństwową autonomią". Zapewne myślał o tworze podobnym do Wolnego Miasta Gdańska, które się właśnie w tamtej jesieni 1920 roku wreszcie wykrystalizowało w twór, znany nam z lat Międzywojnia. Dość szybko jednak uznał to oczekiwanie za nierealne i nawiązał kontakty z niemieckim komisarzem plebiscytowym Kurtem Urbankiem. Jestem głęboko przekonany, że nie umknęło to uwagi polskim wywiadowcom, którzy z pewnością tak jednego, jak i drugiego śledzili. Zapewne powiązano to z początkiem wydawania własnego organu prasowego, dwujęzycznej „Woli Ludu – Der Wille des Volkes” i w otoczeniu Korfantego uznano, że to za niemieckie pieniądze, ergo że Kupka już "zdradził" definitywnie.
   W ogóle trzeba powiedzieć sobie, że ton ówczesnej prasy polskiej na Śląsku był niezwykle emocjonalny, by nie powiedzieć histerycznie egzaltowany (do czego jeszcze powrócę) i jeśli odzwierciedlał rzeczywiste nastroje i poglądy osób z polskiego kierownictwa, to przyznam, że nie jest mi lekko pisać te słowa, ale zdaje się, że tam wielokrotnie brały górę emocje nad rozsądkiem...
   Kupka został uznany za zdrajcę, tym niebezpieczniejszego, że znającego sekrety Polskiego Komisariatu Plebiscytowego i postanowiono go uciszyć. Tajemnicą nie dającą się rozstrzygnąć, pozostaje to, czy był w to zaangażowany Korfanty i co też przywódca obozu polskiego postanowił. Franciszek Lubos, szef personelu PKPleb relacjonował po latach, że od Korfantego osobiście dostał polecenie przekazania fotografii Kupki "pewnym mężczyznom". Tylko czy Korfanty naprawdę chciał Kupkę ubić, czy tylko urządzić mu, powszechnie praktykowane w tamtym czasie przez obie strony, kijobicie, tego się już pewnie nigdy nie dowiemy...
   W każdym razie 20 listopada 1920 do mieszkania Kupki, pod pozorem starania się o pracę w kopalni, w której Kupka pracował, wtargnęło dwóch polskich bojówkarzy, Henryk Myrcik i niejaki Jendrzej, którzy następnie, na oczach jego pięciorga dzieci i ciężarnej żony, go zastrzelili, ośmiokrotnie strzelając w głowę i w pierś.
   Powiedzieć, że się Śląsk wzburzył, to mało powiedzieć... Niemiecki komisarz plebiscytowy Kurt Urbanek domagał się od aliantów wydalenia Korfantego z obszaru plebiscytowego. Prasa szalała, zarówno w oskarżeniach wobec Korfantego, jak i w jego obronie, posuwając się nawet do sugestii, że Kupkę zabili... Niemcy, by oskarżyć o to Polaków. Ujętego jednego z morderców, Henryka Myrcika, postawiono przed sądem, ale do procesu nie doszło, bo w dziwnych okolicznościach sąd z Opola (siedziba rejencji, zatem zwierzchność jeszcze niemiecka) skonfiskował akta, a samego Myrcika z więzienia uwolnili żołnierze... francuscy... po czym ów przepadł, jak kamień w wodę. 
   Korfanty przez całe życie się od tej zbrodni odcinał, a w apogeum waśni z sanacyjnym wojewodą Śląska, Michałem Grażyńskim (w listopadzie 1920 zastępcą szefa sztabu Centrali Wychowania Fizycznego, następczyni POW Górnego Śląska) napisał w wydawanej przez siebie Polonii znamienne zdanie:  "Bojówki organizacji [wojskowej, za którą odpowiadał m.in.Grażyński-przyp.Wachm.] nie utrzymane w należytej dyscyplinie i działające na własną rękę wyrządzały nie tylko polityczną szkodę, ale hańbiły imię Polski. Przypomnę sprawę Kupki."


17 września, 2017

O tropieniu gaf...

... czem się z upodobaniem niejakiem zajmował ongi Stefan Garczyński, upubliczniwszy nawet dziełko sub titulo: "Gafy. Komizm mimowolny", gdzie za exemplum gafy z ignorancji popełnionej, wystawił następującą:
  "Savoir-vivre to znajomość towarzyskich form i obyczajów, a "savoir" znaczy wiedzieć. By nie uchybić dobrym manierom, trzeba wiedzieć nie tylko, co przyjęte jest, a co nie, ale także znać... okoliczności. Przez ich ignorancję skompromitował się kiedyś nie byle kto, bo sam szef protokołu dyplomatycznego, generał Wieniawa-Długoszowski [...] podejmując rumuńskich przemysłowców wzniósł toast za zdrowie króla, który od dwóch lat był w grobie. Tak, ignorancja jest najbardziej niebezpieczna, gdy nie podejrzewamy się o nią."
   Ano i cóż mi rzec...? Że kaducznie się tu z autorem zgodzę: ignorancja jest naprawdę niebezpieczna, osobliwie, gdy jej u siebie nie dostrzegamy i płodzimy z namaszczeniem bzdurstwa, inszych pouczając... Wieniawa nigdy nie był szefem protokołu dyplomatycznego, jedynym rumuńskim królem, który w latach Międzywojnia pomarł, był Ferdynand I Hohenzollern-Sigmaringen, a stało się to w lipcu 1927 roku, gdy Wieniawa był jeszcze pułkownikiem. Generałem został w 1932 roku. Tyle fakty... A od siebie dodam, że nie wyobrażam sobie, by Wieniawa, będąc mocno w sprawy rumuńskie zaangażowanym*, o śmierci króla Ferdynanda nie wiedział jako może i jeden z pierwszych w Polsce...
______________________________
* - był attaché wojskowym w Bukareszcie w latach 1922-23 i sporo pracował nad sprawą zawarcia sojuszu polsko-rumuńskiego, wspierając tu starania generała Tadeusza Rozwadowskiego, który był osobiście z królem rumuńskim zaprzyjaźniony. Wizytę królewskiego brata, księcia Michała w 1933, zaś nieomalże osobiście pilotował, poczynając od powitania na lotnisku, gdzie nawet na zdjęciach widać, że stoi bliżej księcia, niźli minister Beck.

09 września, 2017

"Chi paga?" po śląsku...

  Pozwoliłem sobie w tytule nawiązać do włoskiej historii z młodości Mussoliniego, gdy ów pierwotkiem, znanem będąc socyjałem i jako to oni być winni teoretycznie, wojnie przeciwny, w tem i własnego kraju w niej uczestniczeniu, z nagła był dokumentnie tak frontu i poglądów odmienił i optować za tem począł, by się Italczyki jednak w to wciągnać dały i wzięły się za Austryjakami za łby, chocia to przeciwne było traktatom zawartym... Przez całą Italię się wtedy owo tytułowe "Kto płaci?" przetoczyło i nie bezzasadnie, bo rychło wyszło, że płacą Francuzy, a może i Belgowie, zasię grosz przez francuskich socjalistów idzie, za co po prawdzie Mussoliniego partyjni koledzy na mordę z partii wywalili, ale ów miał już tego w rzyci, bo go było stać na własną gazetę, a wrychle i na popleczników nowych...
   Pytanie "Kto płacił?" chciałbym dziś odnieść do III Powstania Śląskiego, bo stawiam kasztany przeciw orzechom, że Lectorów lwia część najpewniej żyje w ułudzie, że to się po prostu jakoś tak  tam spontanicznie zawiązało, wybuchło, a potem spraktykowanym narodowym sposobem ("ja z synowcem na czele i jakoś to będzie!") do względnie fortunnego było przyszło finału...
   No to się weźmy za tą księgowość, by pokazać, jak się prawdziwie rzeczy miały... Oficyjerów w powstaniu było siedem setek, przy czem rachujemy tu podług stopnia od podporucznika do podpułkownika (wyższych stopni w powstaniu nie było), a nie podług funkcyj, bo z kadrą było w powstaniu tak kaducznie podle, że niejednokrotnie kompaniami dowodzili sierżanci, a ponoć zdarzyło się, że i starszy szeregowiec... Cależ przeciwnie niźli u Niemców, gdzie oficyjerów był wręcz nadmiar i zazwyczaj mieli oni funkcji poniżej swego wojskowego stopnia... Owych siedmiuset oficyjerów pobierało średniej gaży jakich czterech tysiąców marek niemieckich miesięcznie, co łącznie czyni dwa miliony osiemset tych marek tysięcy. Szeregowych powstańców w zestawieniu, z którego czerpię*, obrachowano na pięćdziesiąt tysięcy, co też jako pewne uśrednienie rozumiem, a którego zaraz objaśnię... 
   Te pięćdziesiąt tysięcy płacone po 20 marek żołdu dziennie daje miesięcznie trzydzieści milionów marek i okazało się to wystarczającym powodem, dla którego w szeregi powstańcze, okrom tysięcy powstańców porwanych prawdziwie patriotycznym zapałem luboż do germańskiego władztwa nienawiścią**, także i takich niemało, co to ich na Śląsku zwali i zwą po dziś dzień "elwrami"*** , a którego to rodzaju ludzkiego i dziś możemy podziwiać w niemałej obfitości. To ci, co się uczciwą robotą nie hańbią, a żyją z tego, co użebrzą, ukradną, uzbierają i przedadzą jakiego złomu, szmat czy flaszek... I oto owym ludziom te dwadzieścia marek dziennie zdało się znakomitym sposobem na poprawę swego losu, osobliwie, że za tym szedł i jaki może wyższy status powstańca. Z drugiej znów strony pułki powstańcze rekrutowały się z ochotników z danej ziemi, zatem każdy tam niemal każdego znał i wiedział, kto zacz, a i samo postępowanie tych ludzi raczej psuło powstańcom reputację.
   Żołd wypłacano co dziesięć dni, choć z regularnością tych wypłat były problemy, to i "elwry" się zaciągały na te dziesięciodniowe okresy, z pełną świadomością, że mogą potem odejść i podejrzewam, że po pierwszym okresie względnie krwawych walk, gdy się linia frontu jako tako ustabilizowała, a pod naciskiem Ententy przez kolejne dwa tygodnie trwało coś w rodzaju zawieszenia broni, to że właśnie w tym okresie mieliśmy tych ludzi w szeregach powstańczych najwięcej. Nie zdziwiłbym się, gdyby owi nie wrócili do szeregów na te dziesięć dni maja ostatniej dekady, gdy Niemce ofensywy poczęli na Górze Świętej Anny i rozpoczęli kilka mniejszych operacyj, cel właściwy zapewne maskować mających.
  Koszta kolejne to mundury, które uznano, że się powstańcom należały, aliści dopóki ich nie poszyto, nie dostarczono i nie porozdzielano, powstańcy walczyli we własnych ubraniach, za których używanie wypłacano im rekompensaty. Kwotę ową złączono jednak w ogóle z kosztem utrzymania magazynów powstańczych i wyrachowano na 6 milionów 591 tysięcy marek miesięcznie, co przy przyjęciu owej liczby 50 tysięcy powstańców za obrachunku podstawę daje niebagatelną kwotę 130 marek miesięcznie na jednego powstańca przypadających. Koszt zakwaterowania oficerów, którym się należały kwatery pod dachem, płacone właścicielom domostw i mieszkań, podług stawek rynkowych, to już drobiazg niemal uwagi niegodny: "głupie" 90 marek na człeka, czyli 63 tysiące miesięcznie.
   Utrzymanie internowanych i jeńców pochłonęło 3 miliony marek, 10 milionów to koszt zakupu każdego tysiąca koni, na których w zasadzie opierał się powstańczy transport i do tego te konie służyły najwięcej, choć były i próby czynienia powstańczej kawalerii, osobliwie po tem, jak się okazało, że Niemce taką mają i że owa im się niezgorzej w bojach wpodle Annabergu przysłużyła. Nigdy to nie była formacja znaczna, raczej pojedyńcze plutony i szwadrony, najwięcej do zwiadu zażywane, przy czem może nie od rzeczy dodać będzie, że część niemała tejże powstańczej kawalerii to... kozacy podpułkownika Filimonowa, dawniejsi czerwonoarmiści, którzy wrześniem 1920 roku przeszli na naszą stronę, aliści po podpisaniu pokoju ryskiego zostali internowani i akces do powstania był dla nich sposobem na wyrwanie się z obozu internowanych... A skorośmy przy cudzoziemcach to jest i ślad ukraiński, że podobną drogą trafiło do powstania Ukraińców od Petlury niemało...
  Tabor wyszczególniono jednak także w inszej rubryce i podsumowano wydatków z tem związanych na milion marek, koszt utrzymania samochodów na trzy miliony, kolejny milion to wydatki sanitarno-weterynaryjne (szpitale, leki, materiały opatrunkowe, narzędzia chirurgiczne, laboratoria etc.) Z górą milion kosztowało umundurowanie żandarmerii powstańczej, którą tworzyło 50 oficerów i dwa tysiące szeregowych. Nawiasem, upraszam tej liczby ostatniej zapamiętać, bo do liczebności żandarmerii jeszcze wrócimy... 
   Jest pewna dla mnie niezrozumiała nieścisłość wokół kwoty 4,5 miliona marek na zasiłki dla rodzin powstańców, którym się należało 15 procent żołdu walczącego żołnierza. Tyle, że podług mnie, ta kwota nie powinna być pozycją odrębną, a powinna summę wypłaconego żołdu umniejszać. Władze powstańcze, w ogromnej trosce, by się za chlebem im nie rozeszły oddziały, sformowane, co tu dużo gadać, trochę podług zasady pospolitego ruszenia, zdecydowały się wypłacać rekompensatę za utracone dniówki walczącym górnikom, hutnikom i robotnikom, jak rozumiem po to, iżby ich w szeregach zatrzymać. Rachowano tego po 30 marek za dniówkę i wyliczono miesięcznie ich 600 na człeka, z czego wniosek, że albo nie liczono miesiąca pełnego, albo jednak liczono, bo rachunek zamykający się kolejnemi 30 milionami oznaczałby, że wypłacano ich znów każdemu z "obrachunkowych" 50 tysięcy powstańców. A przecie wiemy, że jakie 10 tysięcy przyszło z Polski, po większej części ochotników i oddelegowanych z Wojska Polskiego, którym się z całą pewnością ów dodatek nie należał...
   Oprócz wojsk w linii i żandarmerii, władze powstańcze powołały jeszcze straż graniczną (25 oficerów i półtora tysiąca szeregowców), jak rozumiem do strzeżenia granicy z Czechami**** i zapewne z... Rzeczpospolitą... Koszt utrzymania tej straży to niemal dwa miliony marek miesięcznie, z czego znów wynika, że o ile oficerom płacono podobnie jak w wojsku frontowym, to szeregowcy dostawali po 40 marek dziennie, czyli dwakroć więcej, niźli ich koledzy na froncie. Summa summarum budżet miesięczny powstania od wojskowej jego strony zamknął się kwotę 96 milionów i 529 tysięcy marek niemieckich... Przyjąwszy umownie, że trwało ono dwa miesiące (od 2/3 maja do 5 lipca) mamy koszty rzędu blisko dwustu milionów marek niemieckich*****, które w całości pokryło ministerstwo spraw wojskowych rządu Rzeczypospolitej Polskiej, na czele którego to ministerium stał wtedy  generał Kazimierz Sosnkowski, jeszcze wtedy można rzec, że niemal prawa ręka Marszałka... Premierem zaś tego rządu był ten sam Wincenty Witos, któremu po dziś dzień wypominają, że jeszcze w przededniu wybuchu zakazywał Korfantemu jakiegokolwiek ruchu zbrojnego.
_____________________________________
* - za Józefem Kolarczykiem "Koszty trzeciego zrywu", który znów w swoim artykule powołuje się na S.Srokowskiego "Wspomnienia z III powstania śląskiego, 1921 r.", pozycji wydanej przez Związek Obrony Kresów Zachodnich, w 1926 roku w Poznaniu.
Z kolei intendentura Naczelnej Komendy Wojsk Powstańczych dla maja obliczyła średnią ilość żywionych (podług ilości porcji) na 63 tysiące, a dla czerwca na 62 tysiące ludzi...
** - Tak naprawdę motywów działania powstańców (jak i tych, którzy stanęli po przeciwnej stronie) była cała mnogość i bynajmniej to nie jest tak proste, by się dało czarno-biało wyłożyć. Ale nie chcę się nad tem w tej rozwodzić nocie i najpewniej poświęcimy tej themie kolejną...
*** - Przed pierwszą wojną zasiłki dla bezrobotnych były w Niemczech wypłacane właśnie 11-go każdego miesiąca i owi ludzie zawsze byli pierwsi w kolejkach po te zasiłki, stąd i owo miano, do dziś żywe.
**** - Jeśli taki był zamysł w istocie, to od razu stwierdzę, że nieskuteczny... W bitwie o mosty w rejonie Raciborza, toczonej równolegle z początkiem bitwy o Górę Św.Anny, jedna z pozycji powstańczych w rejonie wsi Olza została zaatakowana z dwóch stron, w tym przez spory oddział Selbschutzu, który przeszedł nie niepokojony przez nikogo do Czech i po przekroczeniu Olzy, zaatakował powstańców od tyłu.
***** - A najpewniej jeszcze i z pół, albo i raz tyle, bo przecież od 5 lipca to dopiero poczęto wycofywać oddziały poza obszar plebiscytowy, co nie znaczy, że je od razu rozformowano...

07 września, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... IV

 Ostawiliśmy w ostatniej części naszego hrabiego, gdy komendy nad powstańcami przyszłemi powziął (III, III,). Obaczmyż czymże mu komenderować przyszło... 
 Sam Mielżyński w przededniu powstania, w meldunku do jenerała Sikorskiego (ówcześnego szefa Sztabu Generalnego WP) określał liczebność przyszłych powstańców na z górą 40 tysięcy chłopa. Dla tychże miało Dowództwo Obrony Plebiscytu (czyli dawne POW GŚl i przyszła Naczelna Komenda Wojsk Powstańczych) pochowane i uszykowane  prawie 31 tysięcy karabinów, 632 karabinów maszynowych (lekkich i ciężkich), 3 292 pistolety i rewolwery oraz kilkadziesiąt tysięcy (!) granatów. Podług powstańczej ewidencji przed powstaniem mieliśmy jeszcze 694 granatniki, które ja rozumiem jako najpewniej niemiecką konstrukcją Granatenwerfer 16 . Summa summarum widzi mi się tego całkiem sporo, osobliwie jeśli wejrzeć na to oczyma powstańców warszawskich idących do szturmu na bunkry chroniące aleję Szucha z jednym pistoletem na sześciu, czy siedmiu i zaleconymi przez pułkownika Chruściela "Montera" siekierami, kilofami i stylami od łopat...
   A przecie tego bynajmniej nie był koniec, a dopiero początek! W pierwszych dniach powstania zgłosiło się przecie wolentarzy mnóstwo do szeregów powstańczych, których się na jakie 20-25 tysięcy kolejne rachuje, ale i magazynów niemieckich ichniej tajnej organizacji Oberschlesischer Selbstschutz żeśmy przejęli okrutnie wiele, a że "selbszuców"* się na jakie 20-30 rachowało tysięcy, to i rzec by można, żeśmy naszych ochotników niemiecką właśnie uzbroili bronią. 
   Doliczmyż do tego cięgiem idący przerzut broni z magazynów wojskowych dowództw okręgów z Krakowa i z Poznania, osobliwie zaś z tego pierwszego, gdzie jenerał Stanisław Szeptycki miał komendy. Jest w przepięknym zresztą filmie Kazimierza Kutza "Sól ziemi czarnej" wielce patetyczna scena, gdzie powstańców wspomaga i ginie przybyły "z Polski" młodziutki podporucznik (w tej roli Daniel Olbrychski), który się z armatą i artylerzystami ją obsługującemi wyrwał (czyli rozumieć należy, że uciekł, zdezerterował!) z Wojska Polskiego. Tyle, że ten film mówi o II Powstaniu Śląskim, które toczyło się w kulminacyjnych dniach Bitwy Warszawskiej, a i jedną z przyczyn jego wybuchu były prześladowania Polaków i walki uliczne, które rozgorzały po rozejściu się fałszywej wieści o zdobyciu przez bolszewików Warszawy i po napaści 17 sierpnia 1920 roku na siedzibę powiatowego Polskiego Komisariatu Plebiscytowego i redakcji socjalistycznej "Gazety Robotniczej"** . I to jest właśnie takie typowe dla przedstawiania tamtych spraw pół prawdy: jak się wejrzy na film Kutza i tą scenę pełną patosu, to niemal serce boli, że się tamta Rzeczpospolita tak rzycią na biednych powstańców wypięła i biedny porucznik dezerterować musiał... Jak się na to patrzy pamiętając, że to czas był najsroższego się wysilenia ojczyzny naszej, aby hordy bolszewickie od stolicy odepchnąć i że narodu lwia część w inszą wtedy spieszyła stronę, by oręża pochwycić i wrażej odeprzeć napaści, to się na tą dezercję kapkę inszemi oczami patrzy...
  Aliści przed i w trakcie III powstania zupełnie już inaczej się sprawy te miały! Raz, że Rzeczpospolita dawała, co mogła, o czem jeszcze pisać będę, co na oręż się przekładało tak, że w przededniu niemieckiej kontrofensywy na Annaberg (Górę Świętej Anny), którą by zorganizować, potrzebowały Niemiaszki trzech niedziel , to powstańce już miały harmat jakie pięć dziesiątek, pociągów pancernych szesnaście i kilka automobilów pancernych. Tych ostatnich po śląskich czyniono warsztatach, kuźniach i hutach, ale te działa przecie się tam nie zrodziły... Przekroczyły granicę, a domniemuję, że aby tych pociągów pancernych wyposażyć, to ich musiało z Polski zostać przerzuconych nie wspominane pięćdziesiąt, a przynajmniej z siedemdziesiąt, a może i więcej!
   Na cóż ja Wam tak o tem szczegółowo opowiadam? Ano na to byście tego porównać mogli z siłami niemieckiemi, które się na jakie półtora miesiąca przed powstania wybuchem na jakie 30 tysięcy "selbszuców" rachowało... Miały dla nich Niemiaszki pochowanych sekretnie jakie 15 tysięcy gwerów, 226 karabinów maszynowych (lekkich i ciężkich), jakie 2 600 pistoletów i rewolwerów i nieznanej liczby granatów, jeno że tej potencji po większej części Francuzy z gry wyłączyły około 20 marca, gdy prewencyjnie powyaresztowywali kadry i co aktywniejszych "selbszuców", tudzież skonfiskowali kilkadziesiąt magazynów broni. Mało czego uratowały Niemiaszki w chwili powstania wybuchu, bo i Polacy magazynów zajęli niemało, tandem cała niemal ich siła przyszła, jeśli o oręż idzie, to ta, co jej z Rzeszy przemycano, podobnie jak i my z Polski...
 Niemce w największym swych sił wzmocnieniu nieznacznie przekroczyli tysiąców trzydzieści (powstańcy twierdzili, że i do 40-tu doszło), zbrojnych w pełni w karabiny i karabiny maszynowe, jako regularna armia, aliści harmat już z Reichswehry im przemycono zaledwie jakie trzydzieści... Pociągów pancernych dorobiły się Niemce wszystkiego sześciu i jakich kilku automobilów pancernych... Wielce u nas zawżdy podnoszonego faktu, że tam i wolentarze z Rzeszy się zgłosili liczni, w tem całe jednostki tzw."freikorpsów", jako bawarski "Oberland", luboż masowo studenteria wrocławska, pora na ziemię sprowadzić: podług spisania ich w dniu 1 sierpnia 1921 byłoż tego wszystkiego 5 782 przybyłych spoza obszaru plebiscytowego, by walczyć z powstańcami. Dla porównania: liczbę naszych ochotników z Polski, czy nawet i regularnych żołnierzy i oficerów do powstania oddelegowanych ocenia się na jakie 10 tysięcy, co znowu przedkładam tym, co wciąż wierzą, że się Polska na powstanie wypięła...
   Jak sami zatem widzicie, ani w jednem momencie nie przeważały nas Niemce ni liczbą, ni bronią, jeśli rachunek przyjmować ogólny... Jakże to zatem się stało, że w dniach kulminacyjnych bojów wpodle Annabergu, tam właśnie przeważali i liczbą, a i mając harmat szesnaście i pociągów pancernych kilku, poradzili naszych przemóc? 
Wyborne pytanie... jeno nie do mnie, a do naczelnego powstańczego wodza tamtocześnego, podpułkownika Macieja hrabiego Mielżyńskiego...
  Rzeknie kto, wejrzawszy na zamysł strategiczny powstania zwierzchników, osobliwie Korfantego***, że frontu było do bronienia nadto wiele, a że przecie nie znał Mielżyński, gdzie Niemce uderzą, by się tam uszykować może, co lepiej... Po części będzie miał tenże ktoś słuszności, osobliwie, że Komisja Międzysojusznicza już 5 maja nakazała rozejm, którego Niemce atakiem na Górę Świętej Anny złamali. Ale jeśliśmy na to mieli naczelnego dowódcę, żeby wierzył, że Niemce potulne tu będą, to lepiej go było pierwszym lepszym górnikiem zastąpić miejscowym, bo ten by przynajmniej może takich złudzeń nie miał...
  Pominę tu robotę wywiadu widać marną, skoro ten nie umiał koncentracji wojsk niemieckich wykryć w porę**** i spodziewanych z tejże koncentracji kierunków możliwego uderzenia. Per saldo przecie to także na rachunek naczelnego wodza pracuje, bo ów, nolens volens odpowiada za wszystko, w tem i za tych podkomendnych, którzy być może swej roboty źle zorganizowali, czy prowadzili, a których on nadal na stanowiskach trzymał, luboż nie dopomógł radą czy właściwej drogi nie wskazał...
   Sęk jednak w tem, że Góra Świętej Anny i pobliska Góra Chełmska są najwyższymi wzniesieniami na całej Wyżynie Śląskiej, a obie najdalej są na zachód wysuniętemi tejże wyżyny cząstkami. Dziś, w dobie aeroplanów, dronów i satelitów może to już i mniej ważkie, aliści gdy ich nie stało, to od początku wszelkiej wojskowości rozumiano, że kontrolować wzniesienia, to kontrolować obszar cały wpodle nich, bo to i widać na mil wiele wokoło, cóż wróg czyni, a od armat się pojawienia możnaż i jeszcze onemu z tych wzniesień bobu zadać. Zawżdy też i onych bronić łacniej, bo się wróg umęczy zanim pod górę podlezie i nawet jako się już na nich nie leje smoły, ani kłód czy głazów nie stacza, jeno deszcz wali ognisty z harmat i maschinengewehrów (exemplum: Monte Cassino chociażby), to jest to dla wszelkiego człeka choć trochę z wojskowością obeznanego, oczywista oczywistość, że wzgórza są kluczem do wszystkiego.
   Nie wierzę, zwyczajnie nie wierzę, iżby Mielżyński o tem nie wiedział... Ostatecznie tychże wzgórz żeśmy sami po coś przecie zajęli w pierwszych dniach maja. Jeśli ów siedział nad mapą kiedykolwiek później i rozmyszlał o tem, gdzie Niemce uderzą, to ten rejon powinien być mu tak oczywistym, jako dzień po nocy nadchodzący... Nie miał inszych wzgórz w okolicy, a w każdym razie nie tak ważnych! Nawet jeśli tego dla jakichś powodów pewnym nie był, mógł pozycyj powstańczych nie wzmacniać, ale by choć odwodu jakiego sobie pod ręką pozostawił silnego, którym by mógł walczących wesprzeć w momencie kluczowym, a może i dzięki temu jakiego uzyskać przełamania...
  Z dawna się przyjmuje, że nacierający powinien mieć nad broniacym najmniej dwu-trzykrotnej na danem odcinku przewagi, bo oczywistym jest, że straty mieć będzie większe. Sowieci w drugiej wojnie przyszli nawet do ofensyw, gdzie swej przewagi na pięciokrotną obliczali, a w pierwszej, na onej samym początku, były miejsca frontu zachodniego, gdzie siedmiu Niemców na jednego przypadało Francuza. Był czas, gdzie dla jakich propagandowych najpewniej racyj, wykręcali nasi historycy tejże bitwy o Górę Świętej Anny, jak mogli, nierozstrzygniętą ją głosząc*****... Podług mnie, nie ma co tu wykręcać, batalia została przegrana i tyle: natraciliśmy ludzi i musieliśmy oddać strategicznie ważnego terenu... To, że Niemce może i więcej tam przetraciły ludzi, jest oczywistem, skoro to oni nacierali...
   Aliści niedostateczne wojsk przed bitwą uszykowanie, tak w liczbie, jak i we wsparciu artylerią czy odwodami, to nie jedyne zarzuty, których bym pułkownikowi Mielżyńskiemu postawił...
   Oto uderzają Niemce przed świtem jeszcze 21 maja na pozycje 8 pułku pszczyńskiego Franciszka Rataja i po kilku godzinach zaciętych walk de facto pułk ten rozbijają i zajmują wioszczyn przezeń bronionych. Cząstki tegoż pułku się wycofały, częścią porządnie, częścią panicznie, co ma o tyleż znaczenie, że temi niedobitkami próbowano wzmacniać 1 pułk katowicki Walentego Fojkisa, który przejął na siebie ciężaru obrony. Pokazuje się, że największe nawet powstańcze ugrupowanie, tzw. 1 Dywizja Powstańcza pod dowództwem majora Jana Ludygi-Laskowskiego, nie miało niemal rezerw, któremi mogło wesprzeć najpierw Rataja, a później Fojkisa. Przydanie onemu za wsparcie resztek pułku pszczyńskiego, częścią już zdemoralizowanego porażką i skorego do paniki, uważam za krok wielce azardowny... Przed wieczorem i katowiczanie Fojkisa za pognębionych się mając, na rozkaz Ludygi-Laskowskiego oddali Góry Świętej Anny i cofnęli się pod niemieckim naporem.
   Ano i tu nam znów na arenę wkracza nasz wódz naczelny, który nakazał kontrnatarcia, którego miały dokonać bataliony jednego z najsilniejszych pułków, 7 strzeleckiego (nazwa nie od tego, że w niem strzelce służyły, a od Strzelec Opolskich, w których pułku formowano, podobnie jak w Toszku, Kozielsku i Prudniku) Teodora Kulika "Bogdana" (stąd i można się spotkać z określeniem: Podgrupa "Bogdan"). Tyle, że nijakiego wsparcia w harmatach owi nie dostali i poszli w bój w stylu zgoła sowieckim, bez najmniejszej o żołnierza troski... W niesłychanie ciężkich i krwawych bojach nieledwie o każdy dom, w kilku wioszczynach, które z rąk do rąk przez dzień cały przechodziły, pułk strzelecki skrwawił obficie i przed nocą cofnąć się musiał na własne pozycje wyjściowe, także i przez to, że dowództwo nie poradziło naszych uderzeń skoordynować i tam, gdzie poszczerbione pułki 1 Dywizji Powstańczej miały atak główny własnym natarciem wspierać, do akcji weszły one ładne kilka godzin później, niźli powinny...
   Ano i tu wdały się wreszcie na poważnie alianci i wymusili podjęcie o rozejmie rozmów. I tu Mielżyński pokazał jak dalece wziął z rzeczywistością rozbrat, bo jego pierwsze żądanie było takie, iżby mu Niemce prezentu z zabranego zrobiły i oddały Góry Świętej Anny. Z pewnością przy takim stanowisku negocjacyjnym do niczego by nie doszło i walki najpewniej trwałyby nadal, aliści wdał się nareście w tę sprawę Korfanty i po pierwsze nakazał wojskowym przyjąć rozejmu na pozycjach, które w garści mięli. Po wtóre, pomiarkowawszy najwidniej z kim mu mieć sprawę przychodzi, zdymisjonował hrabiego w te pędy, prowizorycznie obowiązki onego powierzając szefowi sztabu, majorowi Stanisławowi hrabiemu Rostworowskiemu, zasię z czerwca początkiem już na stałe Kazimierzowi Zenktellerowi.
   Ano i odtąd nam nasz hrabia w zasadzie znika z areny publicznej; w wojsku przeniesiony oficjalnie w stan spoczynku, nieprzesadnie szanowany na Śląsku, bojkotowany w Wielkopolsce, wybiera sobie na miejsce do życia majątek Gołębiewko pod Tczewem, na Pomorzu. Przejściowo był przypisany jako rezerwista do kawalerii, przy czem, o dziwo, do żadnego z pułków wielkopolskich czy śląskich, a do 5 Pułku Ułanów Zasławskich, w Międzywojniu w Ostrołęce stacjonującego. Wyda jeszcze w 1931 roku wspomnienia o III powstaniu, które jednak przejdą bez echa. 
   Jedyne właściwie jego publiczne w Międzywojniu czynności, to honorowa prezesura jednego ze związków powstańczych (akurat tego, który założył Alfons Zgrzebniok, zatem grupującego głównie dawnych członków POW GŚl). Przepomniałem dodać, że się jeszcze przed powstaniem ożenił powtórnie, aliści i tem ożenku widzę ja chęć niejaką ucieczki od otaczającej go rzeczywistości: żona Turczynka, córka dyplomaty, z pewnością cokolwiek inaczej swoją rolę w małżeństwie widząca, niźli niewiasty polskie, no i pierwotkiem nie za bardzo z językiem obznajomiona...
  Z nastaniem II wojny światowej, gdy Niemce, po zajęciu ziem polskich wielce zajadle na byłych powstańców śląskich polowali (dziadka Pani_Wachmistrzowego_Serca jak pochwycili we wrześniu, to go dopiero Amerykany w 1945 roku uwolniły po ponad pięciu latach w kacetach spędzonych), Mielżyńskiego dawny kolega z armii niemieckiej wziął pod niejaką kuratelę i dozwolono mu pod nadzorem Gestapo się do Wiednia przenieść, gdzie pomieszkiwał do śmierci w 1944 roku.

__________________________
* - z racji powiązań Selbstchuzu Oberschlessien z podobną ogólnoniemiecką Organisation Escherich, zwano ich także niekiedy "orgeszami". 
** - zamordowano wtedy znanego katowiskiego lekarza Andrzeja Mielęckiego. Warto też dodać, że krzynę wcześniej, w lipcu Śląsk stanął nieledwie w strajku generalnym...ale przez Niemców wywołanem, przez ichnie związki zawodowe organizowanem i przez SPD popieranem, w proteście przeciw naszej z bolszewią wojnie...
*** - Korfantemu wcale nie szło o długie i przewlekłe walki, ani też nie marzył o wywalczeniu zbrojnie Śląska całego. Zamysł onego ten był, by z zaskoczenia korzystając i chwilowej przewagi (której wytworzeniu między inszemi wysadzenie mostów walnie dopomogło) zająć terenu po tzw.linię Korfantego (mapka z Wikipedii zapożyczona) i dążyć do rozejmu i rozstrzygnięcia spraw granic przez Radę Ambasadorów Ententy
**** - za wywiad odpowiadał porucznik Jan Kowalewski, oddelegowany ze Sztabu Generalnego, wielce zasłużony deszyfrant i kryptolog. To ten, co szyfry sowieckie złamawszy, walnie się do sukcesu Bitwy Warszawskiej przysłużył. W powstaniu jednak podejrzewałm że może zbytnio zawierzył spraktykowanym w wojnie bolszewickiej metodom, a zbyt mało polegał na pracy agenturalnej. No i jeśli Niemce, czego nie wiem, więcej niźli radiostacjami, się posługiwały telegrafem, albo i kurierami, to Kowalewski zwyczajnie nie miał czego analizować. W każdym razie chyba się na Śląsku zanadto nie popisał...
***** - po dziś dzień takiego poglądu znajdziecie między inszemi w Wikipedii, która bazuje na "Encyklopedii Powstań Śląskich" z 1982 roku.
                                            ................

06 września, 2017

O nacyjach ościennych...

   W tem przypadku o Szwedach... Takem się tem z rana kaducznie ucieszył, żem się nie umiał tem nie podzielić z Lectorami memi....:))


02 września, 2017

O zawiłościach żywota wielkopolskiego hrabiego-mordercy, co śląskimi powstańcami komenderował... III

   Pora mi kończyć tejże opowieści, najwięcej temuż, że nie znoszę cyklów rozgrzebanych, a ciągnących się jako flaki z olejem, takoż i dla tej przyczyny, że się w tak zwanym międzyczasie pokazało, że są i tacy, co kwaśni dla mnie wielce, żem im kogoś kogo rozumieli poważanym, w świetle ukazał niemiłem, co mają mi za winę, żem go nibyż spostponował... Po prawdzie, jedyne co w tej opowieści (I, II) nie było faktem historycznie potwierdzonym, to moje rozważania o tem, zali próba samobójcza Macieja Mielżyńskiego, którą ów ślubu z niewiastą pożądaną wymusił, była prawdziwie samobójczym zamiarem, czy może niejaką kommedyją dla onego właśnie efektu wymuszenia odgrywaną...    Tym, którzy cierpią z powodu tych rzeczy o Mielżyńskim niemiłych, dziś przyjdzie jeszczeć i więcej zapłakać, bo zamierzam o onego karierze napisać wojskowo-powstańczej, a tam znów niemal nic dobrego się do opisania nie znajdzie...:((
  Za Wielkiej Wojny wybuchem Maciej Mielżyński, jako i insi kajzera poddani, zapewne zostałby zmobilizowanym, aliści on nawet tego nie czekał i ochotniczo się zgłosił, zapewne marząc o zmyciu ciążącego na nim piętna jakiemi zasługami wojennemi. Prawda, że posłynął jako człek odwagi nieledwie szaleńczej, w czem ja właśnie takiegoż jakem opisał, upatruję podtekstu niejako na podobieństwo Kmicica, co jako Babinicz zmyć chciał plamy z imienia swojego. Tyle, że znów, jako i za razem każdem, gdy o Kmicicu rozprawiać przychodzi, powtórzę, co powtarzam zwykle: że taki dowódca, to dla podkomendnych jego nieszczęście chodzące, czego najlepiej nawet i u Sienkiewicza dowodzą losy, tych co po kolei pod panem Andrzejem służyli i w znakomitej większości zapłacili za to cenę najwyższą... 
   Co o Mielżyńskim sądzili podkomendni jego, tego się już pewnie nie dowiemy, za to wychodzi na to, że cenił go... Józef Piłsudski, gdy go wreszcie miał poznać sposobność w roli oficera łącznikowego wojsk niemieckich przy Legionach Polskich. 
I prawdę rzekłszy, to nie wiem, czy nie temu on swej nominacyi zawdzięcza, gdy przyszło na Śląsk wybierać wodza. Póki co, wojna się kończy, w Wielkiej Polszcze się poczyna powstanie, w którym wielce się aktywnie angażuje brat Macieja, wspominany w części pierwszej Ignacy, ale o czynnościach Macieja w owem czasie niewiele wiemy i nie wygląda, by się uważał za stosowne w te sprawy angażować...
   W czas najgorszej opresji dla Polski, sprawionej sowieckim na Warszawę marszem i w przededniu Bitwy Warszawskiej, powstawały w całym kraju ochotnicze oddziały, w tem i dwa pułki kawalerii, który się właśnie z braćmi Mielżyńskimi wiąże. Przyszły 26 Pułk Ułanów Wielkopolskich (a póki co 215 Pułk Jazdy Ochotniczej Wielkopolskiej) właśnie pod Ignacym i w znacznej części jego sumptem wystawiony, ruszył w te boje po sławę nieśmiertelną... Co się natomiast tyczy przyszłego 25 Pułku Ułanów Wielkopolskich, czyli pułku Dziadka mego:), tom w nocie o niem napisał, że w lipcu 1920 poszedł na front "nowem numerem 115 naznaczony i pod komendą nową, choć krótkotrwałą" na myśli Macieja Mielżyńskiego mając, co tyleż było nieścisłem, że ów nawet do pułku nie dotarł, choć został onegoż dowódcą nominowany. Przyznaję, że nie wiem, co mu za pułkiem nadążyć nie dozwoliło, aliści zda mi się to cokolwiek dziwnem, osobliwie zapał tamtego czasu wszelkie kręgi społeczne ogarniający...
   Tak czy siak, wszelkie w dowodzeniu owym pułkiem zasługi w wojnie bolszewickiej, spadają na tych, co tego trudu rzeczywiście przyjęli i pułk do boju powiedli: pułkownika Erazma Stablewskiego, a po nim rotmistrza Witolda Radeckiego-Mikulicza. 
   Maciej zaś, hrabia Mielżyński, wypłynie nam znowu, wraz z awansem na podpułkownika swojem i nominacyją na stanowisko, które z chwilą wybuchu na Śląsku powstania, niejako automatycznie uczyni go tegoż powstania wodzem. Mówię o organizacji, zwanej pierwotkiem Polską Organizacją Wojskową Górnego Śląska, która wbrew nazwie niemal nic nie miała wspólnego z POW ostatnich lat pierwszej wojny światowej. Choć w zasadzie miała, bo ludzie którzy w konspiracji tworzyli tej pierwszej, teraz byli decydentami we władzach powstającego państwa polskiego i jego armii, a POW(GŚl) utworzył sekretnie VI* Oddział Sztabu Generalnego Wojska Polskiego i to do tejże organizacji, a ściślej onej kontynuacji, przeniesiony został hrabia Maciej Mielżyński, odtąd podpułkownik "Nowina-Doliwa".
 Na obronę Piłsudskiego i innych stojących za tym wyborem dodam, że najpewniej szło tu nie tyle o docenienie szaleńczej odwagi, znanej z lat wojny, ile o wielce przyjazne stosunki łączące Mielżyńskiego z Korfantym. Przypomnę, że Mielżyński lata całe zasiadał w Reichstagu jako poseł polski i choćby stamtąd znać się z Korfantym musiał, a najpewniej i, sam przesadnie wybitnym ani mówcą, ani statystą nie będąc, uległ, jak wielu, urokowi i charyzmie Korfantego**. Piłsudski, jak wiadomo, przesadnie dobrych relacyj z prawicą nie miał, a większość działaczy wielkopolskich i śląskich wywodziła się z endecji lub chadecji i stąd być może owe nadzieje na zbudowanie przez Mielżyńskiego jakiego pomostu do nich. 
   Napisał żem, że hrabi przypisano do organizacji będącej kontynuacją POW(GŚl), a nie do niej samej. W istocie po II powstaniu ogłoszono, że POW została rozwiązana, co rozumiem jako ukłon w stronę aliantów, przejmujących władzę na Śląsku, skoro podstawowy cel II powstania, rozwiązanie niemieckiej Sicherheitspolizei, wielce stronniczej i brutalnej, został osiągnięty, to i po naszej stronie zasygnalizowano coś, co można było rozumieć, jako krok wstecz. W rzeczywistości, okrom powołania mieszanej Policji Plebiscytowej, nas konspiratorzy bynajmniej nie zamierzali się nigdzie wycofywać. 
   Pierwszą z powołanych w miejsce POW (wrzesień 1920 roku) organizacyj była Centrala Wychowania Fizycznego, które się officialiter jeno propagowaniem tężyzny i sprawności fizycznej miało zajmować, niejako per analogiam do przedwojennego Towarzystwa Gimnastycznego"Sokół". W rzeczywistości CWF zajmowała się ochroną polskich wieców i działaczy plebiscytowych przed napaściami ze strony Kampforganisation Oberschlesien, czyli niemieckiej Organizacji Bojowej Górnego Śląska, która już żadnych sportowych nawet nie udawała zainteresowań. Wtórą z jej sekretnych czynności było oręża gromadzenie i szkolenie w onegoż użyciu, zasię trzecią skrycie działań wywiadowców i dywersantów Sekcji Plebiscytowej Oddziału już II Sztabu Generalnego Wojska Polskiego, którą kierował kapitan Tadeusz Puszczyński - "Konrad Wawelberg". To właśnie ci ludzie przygotowali i wykonali jedną z najwspanialszych operacji dywersyjnych, która zresztą poniekąd przesądziła o sukcesie powstania: wysadzenia w noc poprzedzającą wybuch powstania mostów i torów łączących Śląsk z Rzeszą Niemiecką i tym samym uniemożliwienie przesłania przez Niemców posiłków i zaopatrzenia w pierwszych dniach powstania. 
   Komendantem CWF był kapitan Mieczysław Paluch, człowiek, którego w grudniu 1918 wielkopolska Naczelna Rada Ludowa usunęła z dowództwa poznańskiej mieszanej, polsko-niemieckiej, Służby Straży i Bezpieczeństwa z obawy, że ów własnej rozpęta wojny z Niemcami, a w pół roku później dla przyczyn podobnych tudzież znanej onego skłonności do sporów, a i ambicyj niemałych, jenerał Dowbór-Muśnicki, dowódca armii wielkopolskiej zatwierdził pozbawienie Palucha dowództwa 8 Pułku Strzelców Wielkopolskich. Insze ważkie stanowiska zajmowali dawni oficerowie POW(GŚl), których część na własną rękę spowodowała wybuch I powstania śląskiego. Szefem sztabu był np. kapitan Alfons Zgrzebniok, który akurat wybuchowi powstania był przeciwny, ale gdy już się mleko rozlało, objął jego dowództwo***. Ano i ta grupa, czując się niedostatecznie wspieraną przez władze w Warszawie sformułowała do dowództwa polskiego dość dramatycznego, ale i poniekąd oskarżycielskiego memoriału w grudniu 1920 roku. 
   Konsekwencyj tego memoriału było kilka... Pierwszą było rozwiązanie CWF i wcielenie jej do nowego tworu. Kolejnemi te, że jeżeli nawet Ślązacy się czuli traktowani przez wojskowe władze polskie po macoszemu, to w miesiącach kolejnych miało się to zdecydowanie zmienić, choć do dziś podobny pogląd pokutuje wśród nas. 
   To, co miało zastąpić CWF, pierwotkiem się w Wielkopolsce zrodziło (11 grudnia 1920 w Kępnie) i nazwy nosiło... Warszawskiego Towarzystwa Przemysłowo-Budowlanego...:)). Nie wiem, czy i też zadań w pierwotnym zamyśle nie miało inszych, a memoriał Ślązaków nie sprawił, że świeżo powołanej organizacji nie odmieniono dla celów inszych... Summa summarum z tegoż się narodziło w styczniu 1921 roku Dowództwo Obrony Plebiscytu, którego pierwszym komendantem został pułkownik Paweł Chrobok, a onegoż właśnie prawą ręką Mielżyński. Jeno, że Chroboka w kwietniu odwałano i tak na kilka tygodni przed powstaniem to Mielżyński, przejąwszy Chroboka funkcję, niejako automatycznie został i powstańców wodzem przyszłym.Ale o tem jakże się w tej roli sprawił, to już popiszemy w nocie kolejnej, gdyż materyi nadto, by i tej ponad Lectorów Łaskawych pacjencję przeciągać...:))

____________________
*- po kolejnych reorganizacjach oznaczony numerem II i pod tym numerem, lub jako "dwójka" bardziej znany oddział odpowiedzialny za wywiad, kontrwywiad, dywersję i wszelkie sprawy Wojska Polskiego związane z działaniami poza granicami RP.
** - Korfanty był pierwszym polskim posłem ze Śląska, który w Reichstagu nie przystapił zwyczajowo do koła niemieckiej chadecji Centrum, tylko do koła polskiego, grupującego najbardziej w tamtym czasie świadomych i dojrzałych naszych posłów, w zdecydowanej większości Wielkopolan.
*** - dowodził też II powstaniem.
        

31 sierpnia, 2017

Święto 9 Pułku Ułanów Małopolskich...

...akuratnie dziś przypadające prosi się o toast czem godnym, osobliwie, że do kolejnego święta niemal miesiąc czekać przyjdzie, a potem już i do grudnia bez żadnego...:(( Ciekawych dziejów tegoż pułku i tradycyj upraszam tutaj:)

27 sierpnia, 2017

O niejakiej rozterce...

... z którą chciałbym się ja z Wami podzielić, a i po trosze o radę zapytać, bo prawdziwie nie wiem, jakoż mi czynić przystoi...   Oto czas niejaki temu, żem słówka pewnego poszukiwał i nalazłem za sposobnością paginę Podolskiego Regimentu Odprzodowego, czyli grupy rekonstruktorów, nie tylko zresztą militarnych, którzy na tejże paginie mają staropolskiego słowniczka (podług własnego tam opisania wpisanego 20 stycznia 2011 roku):
http://www.podolskiregiment.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=21&Itemid=45
  Ano i już po lekturze pierwszych słówek pomiarkowałem, że owe mi dziwnie znajome, a po następnych kilkunastu jużem miał w tejże materyi niezbitej pewności, że to mój własny dykcyonarzyk, na dawniejszym mym blogu pomieszczony sub die 30 Julii Anno Domini 2006...
http://wachmistrz.blog.onet.pl/2006/07/30/dykcyonarza-namiastka/
   Ano i cóż rzec... z jednej strony żem rad, że się ta wiedza szerzy, sam też i bywało, żem tekstu zapożyczał od kogo, przeciem rozumiał, że brać in expressis verbis, czyli dosłownie cytować, rozumie się za źródła podaniem, luboż za zgodą zainteresowanego autora (-rki)... A tu, jakby to rzec... zda się, że nawet ani myśli o tem nie stało...
   W pierwszem zapale żem nawet i myślał pisać tam komentarza jakiego, ale zda się, że to jedynie tym dostępne, co kont na jakichś szajsbukach mają, zatem dla mnie poza możnością, zasię po tem, jako mi alteracyja przeszła, zadumałem się, zali to nie jaka małostkowa przeze mnie miłość własna nie przemówiła aby i czy w sumie nie to w tem najpryncypalniejsze, że rzecz dalej w świat idzie i wiedza się szerzy? 

26 sierpnia, 2017

Święto 2 Pułku Ułanów Grochowskich imienia generała Józefa Dwernickiego

...dziś akuratnie wypada, tandem poświętujmy, kto chce i może za ich pamięć czego tam stosownego przechylić, a kto by ich spomnieć chciał z dziejów, żurawiejek, obyczajów i tradycji, nawet jak na kawalerię niecodziennych, tego do dawniejszej o nich notki upraszam...

20 sierpnia, 2017

O niewolnictwie honoru...

   Jak większości Bywalców tutecznych zapewne wiadomo, Wachmistrz jest może nieprzesadnie gorącym, przecie jednak zwolennikiem przywrócenia pojedynków, osobliwie między politykami i celebrytami, które to jego zdaniem powinny przywrócić choć elementarne poczucie odpowiedzialności za słowo, przydać kłamliwym potwarcom choć krztyny namysłu, nim krzywym słowem kogo drugiego osławią i oczernią ... Jest przecie przy tem insze niebezpieczeństwo, a takie mianowicie, że ludzi prawdziwie swój honor ceniących łacno tą drogą przywieźć do tragedyj jakich, czego opiszemy na przykładzie poety rosyjskiego Lermontowa.
   Tenże, pokończywszy szkół podchorążackich w Peterburku, ostał się oficyjerem w służbie Jewo Wieliczestwa Carja Mikołaja I, a jako taki podlegał sądom wojskowym i takiż to właśnie sąd młodego porucznika skazał na służbę na Kaukazie, gdzie Rossyja z tamecznemi góralami wojowała, usiłując onym zwierzchność narzucić, co jak się zdaje okazało się nieprzesadnie skutecznem, skoro jeszcze w niemal dwa stulecia później trudnoż tego mieć za panowanie trwałe i ugruntowane. Skazano zaś młodego poetę za wiersz o inszym poecie, Puszkinie, a ściślej o onegoż śmierci w pojedynku, gdzie Lermontowa sąd był właściwie elit dworskich oskarżeniem, że do tegoż pojedynku doprowadziły...*
  Ów tam za długo nie pocierpiał, skoro w pół roku później był na powrót w Peterburku, aliści widać, że motyw pojedynkowy miał być przekleństwem jego życia, bo się wrychle (1840) znów na jego żywocie odcisnął. Miał się bowiem Lermontow z synem francuskiego ambasadora pojedynkować i za to znowu przed sądem stanąć, zaś zesłanie ponowne do wojsk na Kaukazie można by uznać nawet i za pewną sądu łaskawość, skoro pojedynkowiczów na ogół gnano na Sybir. W każdem bądź razie porucznik Lermontow wylądował w tengińskim pułku gwardii i stacjonował w mieścince wielce znanej ze swych wód gorących i jeszcze lat kilka wcześniej znanej wśród elit jako kurort Goriaczije Wody, jeno że w 1830 łaską carską miana mu odmieniono na Piatigorsk, dla pięciu szczytów miejscowość otaczających i jako tam młody Lermontow zjechał, to już rzec można że się z Piatigorskiem związał był na śmierć i życie...
   Służył tam i niejaki Mikołaj Martynow, którego Wikipedia mianuje majorem, co mi się nie za bardzo możebnem zdaje, jeśli by ów miał być dawniejszym Lermontowa kolegą ze szkoły podchorążych. Ówże Martynow się chyba z Lermontowem jednak nie kochał, a z zachowań sądząc niezłe być to musiało ladaco... Przyłapany na oszustwie przy grze w karty, co z punktu go winno poza wszelkim nawiasem ludzi honoru postawić, nie został przecie przed sąd postawiony, jeno jak mniemam, dla uniknięcia skandalu, nakłoniony przez zwierzchność, by czym rychlej się z wojska usunął o abszyt prosząc.
   Aliści Martynow dymissyi wziąwszy, dalej w Piatigorsku pobywał i paradował w wojskowej kurcie czerkieskiej, jeszczeć się naobwieszawszy w kindżały... Ano i z tego sobie właśnie Lermontow zadrwił na pewnem wieczorku tańcującym, gdzie po onegoż pokończeniu pokazało się, że Martynow nań na ulicy czekał i zażądał satysfakcji w pojedynku. Podług mnie tu już się pierwsze zniewolenie pokazało owem nakazem honoru, bo mógł Lermontow zwyczajnie wyśmiać Martynowa i odmówić satysfakcji szulerowi, jako człekowi niegodnemu. Aliści najwidniej obawa, iżby go za tchórza może nie mięli, silniejszą była niźli obawa przed kolejnym sądem, czy i przed śmiercią samą, skoro z tego skorzystać nie zechciał. Może być, że i mniemał rzeczy tak błahą, że uznając prawo Martynowa do wyzywania go, sam uważał rzecz za drobne nieporozumienie, którego przeprosinami wystarczy naprawić... Tu dygressyją czyniąc niedużą, czuję się bowiem w obowiązku wyjaśnić Towarzystwu, że intencyją wszelkich kodeksów honorowych było nie to, iżby sobie ludzie łby rozszczepiali szablami czy dziurawili piersi pistoletowymi kulami, ile zapewnienie każdemu człekowi honoru możności wyjścia z twarzą z sytuacji, w której ów się poczuł był przez kogoś obrażonym. 
  Nie wiem, czy ktoś takie zdołałby poczynić statystyki, ale podług mnie w stuleciu już XIX na ubitej ziemi finał znajdywała może jaka trzecia część tych spraw, co się od wyzwania na pojedynek zaczynały. Reszta to była zręczna sekundantów robota, którzy sami nierzadko zagrożeni karą (w epoce postnapoleońskiej pojedynki były już zakazane w większości krajów Europy), pracowicie temperowali charaktery adwersarzy i negocjowali wyjścia jakiego honorowego dla stron obu tak iżby do ostateczności nie doszło. Czasem się to odbywało poprzez wycofanie wyzwania i uznanie, że do jakiego nieporozumienia doszło, częściej wyzwany poczuwając się do jakiej winy jednak dawał się do przeprosin nakłonić, a czasem ich obu przed jaki autorytet stawiano (wobec oficerów nader często takiej roli pełnił onych jaki zwierzchnik roztropny a zręczny), który obu zrugawszy od gówniarzy, nakazywał sobie ręki podać i o wszytkiem zapomnieć...
  W Lermontowa przypadku sekundantami byli onegoż przyjaciele: niejaki Stołypin-Mongo i kniaź Trubeckij, ale i młodziutki kornet Michaił Glebow, którego na swego sekundanta poprosił Martynow, a ów nie mógł bez kolejnej Martynowa obrazy odmówić. Drugim Martynowa sekundantem był kniaź Wasilczykow i to on, jak się zdaje, do spółki z Martynowem jest za śmierć Lermontowa najwięcej odpowiedzialnym. Jeśli nie liczyć pozostających w cieniu, a nieznanych, arystokratów i oficyjerów na kuracyjach w Piatigorsku bawiących, którzy złaknieni może i jakiej rozrywki, a może i iście na Lermontowa o onego poglądy zajadli, Martynowa przeciw niemu podbechtywali.
   27 lipca 1841 roku Lermontow udał się na umówione miejsce, kawalec odkrytego pola wpodle starego cmentarza na zboczu góry Maszuk, kawał drogi za miasteczkiem. Na miejscu był już Martynow ze swemi sekundantami, zaś towarzysze Lermontowa się czeguś spóźniali. Podług obyczaju i znanych mi zasad rzecz się zatem nie mogła rozpocząć, osobliwie, że pojedynek właściwy poprzedzić powinna jeszcze jedna próba polubownego załatwienia sprawy, na którą najpewniej Lermontow liczył, przekonany, że przeprosi Martynowa i będzie po wszystkim. 
   Martynow jednak nie dopuścił nikogo do głosu i oświadczył, że najwyższa po temu pora, by mu Lermontow satysfakcji udzielił. Sęk w tem, że ów się nie powinien bez sekundantów w żadne wdawać czynności, w tem i słowne, a po dictum Martynowa pola do żadnego już właściwie nie było manewru. Nawet przecie po odrzuceniu możności polubownych pojedynek nie powinien się rozpocząć, a na to Martynow nalegał ostro. Rzeczą jego sekundantów było go w tym mitygować i powstrzymywać, aliści Wasilczykow zadziałał dokładnie odwrotnie; oto wyskoczył z konceptem, by to Glebow, skoro jest przyjacielem Lermontowa, niechaj nieobecnych zastąpi, zaś on będzie po dawnemu sekundantem Martynowa. Glebow nadto jest młodym i bez śmiałości, by xiążęciu oponować, a w swej bezradności może i mniemał, że to Lermontowowi przysługi oddaje; nie wie, że Wasilczykow żal nosi w sercu o jaki dawniejszy Lermontowa wierszowany epigramat, w odpisach między towarzystwem krążący, w którem poeta dość świeżej natury tytuł kniaziowski wiąże z jakimiś nie nadto chwalebnymi zasługami ojca, przy tem jeszcze i dalszych krewnych obsmarował, a i maci nie darował, która ponoś prawdziwie obyczajów grubych była, jako to Kozaczka prosta... 
   Nawiasem z tych dwóch widać cyrkumstancyj (nie znam podłoża pojedynku z synem ambasadora), że miał Lermontow jakiś dar do bliźnich wydrwiwania i drażnienia ich miłości własnej... Niebezpieczna skłonność w dobie pojedynków...
  Na domiar złego rozpętała się burza i pole potencjalnego starcia poczyna tonąć w strugach ulewnego deszczu. Przyznam, że nie wiem, czy w tym pojedynku miały być użyte pistolety z zamkami skałkowymi, gdzie kawalec krzemienia (to właśnie owa "skałka") krzesała iskry na proch na panewkę podsypany, czy już nowszego typu, kapiszonowe**, nie tak wrażliwe na warunki pogodowe, ale przecie i onym to nie było obojętne, czy się ich używa w deszczu, czy w pogodzie ! Wiem, że to był produkt niemieckiej firmy Kuchenreuter, która posłynęła ze znakomitych skałkowych, zatem najpewniej to takie właśnie były te pistolety. Bezwzględnie w takich warunkach pojedynek być winien odłożonym, bo nadto dużym był azard, że jednemu broń zmoknie i szanse nie będą równe. Aliści kniaź Wasilczykow tego właśnie argumentu, że burza i że nie masz co czekać dłużej użył, by Glebowa do zaakceptowania pojedynku przymusić. Nie dając mu co zresztą długo nad tem deliberować, wyciągnął z pochwy swej szaszki i wbiwszy w pochyłość stoku, wyznaczył granicy, zatem Glebow nolens volens piętnastu kroków odliczył i czapki w trawie położył, temiż dwoma punktami naznaczając strefy neutralnej, od której jeszczeć i na obie strony po dalszych dziesięciu odliczywszy, Wasilczykow wyznaczył pojedynkującym ich miejsca. 
  Na komendę Glebowa "Naprzód!" obaj pojedynkowicze winni ruszyć ze swych pozycji, dojść do czapki i szaszki i strzelać, aliści Lermontow się nie rusza ze swego miejsca, jeno w niebo wymierzywszy, strzela, widomy czyniąc znak, że krwie niczyjej przelewać nie chce... W tym miejscu po raz kolejny sekundanci winni pojedynku przerwać, albo Martynow sam winien postąpić podobnie i obaj winni raz jeszcze odpowiedzieć na pytanie, czy się strzelać prawdziwie zamierzają, czy też tegoż, co zaszło, nastarczy im na satysfakcję. Jeśliby w uporze trwali, broń winna być nabita de novo i wszystkiego by trzeba, od stanięcia na powrót na pozycjach, powtórzyć. 
   Wiemy, że sekundanci wówczas uzgodnili trzykrotne strzelanie, zatem gdyby spudłował znów jeden i drugi, a i za trzecią koleją rzeczy by przebiegły podobnie, pojedynek uznano by za zakończony, choćby i nikt nawet draśniętym nie został. Lermontow być może, że i do czegoś takiego zmierzał, co nawiasem byłoby niegłupiem, bo dozwalało jeszcze mieć nadziei na to, że rzecz cała w sekrecie pozostanie i kar się uniknie.   Ale nie wtedy i nie tam... Glebow się pogubił i pojedynku nie przerwał, za to Martynow nie dość, że do pasa neutralnego doszedł, to jeszczeć i linii naznaczonej przekroczył i do Lermontowa podszedł jeszczeć i bliżej, strzelając doń zupełnie z bliska, ubijając niemal na miejscu, bo kula wpodle serca w pierś weszła.
  Podług mnie, Martynow w chwili, gdy linii neutralnej przekroczył, ostatniego dał dowodu, że jest człowiekiem nikczemnym i z wszelkiego honoru wyzutym, nie lepszym niż najpodlejszy morderz i łotr. Gdybyż to się przy uczciwym sekundowaniu zdarzyło, to nikt by nie miał pretensyj gdyby się sekundanci naówczas rzucili onego zatrzymać, a nawet tego poczynić, podług mnie, powinni. Do tegoż momentu bowiem szło jeszcze dysputować o tem, czy tak się powinno, luboż i może przez wzgląd na to, czy tamto, można sobie na jakie odstępstwo pozwolić, ale to przekroczenie linii po uprzednim demonstracyjnym rozbrojeniu się przez Lermontowa jest już tylko morderstwem nieudolnie na pojedynek farbowanem... 
   Dopieroż na tą chwilę nadjeżdżają sekundanci poety, przerażeni zasłyszanemi strzałami, ale mogą już jeno na Glebowa z głową Lermontowa na kolanach złożoną patrzeć ze zgrozą. Martynow oddala się szybko, głosząc że się idzie oddać w ręce komendanta garnizonu, co być i może prawdą, bo w rzeczy samej trafił pod klucz, choć już nie mam pewności, czy iście sam się zgłosił, czy go ront jaki na ulicy czy w domu trafił, bo komendanta wieści o pojedynku, choć późno, przecie doszły i posłał on patrole, by obu pojedynkowiczów pochwyciły.
   Wasilczykow podobnie jak i Martynow, oddala się chyżo, choć ten iście próbuje lekarza szukać. To jest nawiasem dowód kolejny na podłość obydwu, bo bez lekarza się ten pojedynek w ogóle począć nie powinien. Sekundanci Lermontowa w ogóle o niem nawet nie pomyśleli, przekonani, że się rzecz rozejdzie po kościach, ale Wasilczykow z Martynowem, jeśli wiedzieli, że się bez strzelania nie obejdzie, to bezwzględnie tego powinni dopilnować. Insza rzecz, że pewnie znaleźć w mieścince na krańcu świata odważnego doktora, co się na jakie narazi represje i zechce w pojedynku uczestniczyć, z pewnością nie byłoby łatwo...
  I nie jest... nawet post factum, gdy ten lekarz ranę opatrujący pomoże tyle, co umarłemu kadzidło i jest zwykłą formalnością, nie ma tak odważnego... Któryś się w końcu godzi, ale nie jechać, jeno się Lermontowem zająć, jeśli mu onego do dom przywiozą! Noc już nastaje, nim Stołypin-Mongo jakiej chłopskiej taradajki zdobywa i niem ciało poety zwożą w dół do miasteczka, aliści już dają pokój sobie z lekarzem i wiozą do domku, gdzie ów pomieszkiwał i kładą go na dywanie, by czuwać nad niem do śwituCóż mi tu rzec na koniec... że prorokiem samym dla siebie był Lermontow pisząc, że i skuczno i grustno i niekomu ruku podat' ?
_____________________________
*  -  Podług mnie tenże się swoją porywczością sam do grobu wpędził (w ciągu jakich osiemnastu lat żywota, licząc od pełnoletniości do śmierci, Puszkin sam wyzywał najmniej 29 razy przeróżnych ludzi, nawet i o takie błahostki, jak to, że ktoś tą samą niewiastę chciał do tańca prosić, o co własnego wuja wyzwał). Insza jest okoliczność, daleko więcej zagmatwana, a o której pewnie jeszcze pisał będę, dyktatora powstania styczniowego, Stefana Bobrowskiego, którego też drogą pojedynku usunięto, choć zda się, że dawniej głoszone przekonanie, że za tem stali "biali" jest chyba tylko częścią prawdziwe.
 ** - podaje się, że wynalezione w 1818 roku, ale znam ja egzemplarzy z takiem zamkiem jeszczeć na 1810 datowanych, zatem jest z tem jakaś nieścisłość. Tak czy siak pytanie się rodzi zasadne, czy nawet jeśli ich z początkiem lat 40-tych miały już po większej części armie europejskie i, jak sądzę, jakie elity rosyjskie, to czy mogło to aż dosięgnąć zapadłej dziury na Kaukazie?