31 grudnia, 2017

Obyście...

Wszytcy w zdrowiu jak najlepszym tego roku odchodzącego żegnali, jedni z żalem i na rok nowy z nadzieją, insi, jako i ja nawet i może z myślą, by przepadł precz i oby się taki długo nie przydarzył... Ci, których stać jeszcze na jakie nadzieje in futuram pokładane, onym życzę by się ziściły... A wszytkim by ten nadchodzący nowy nie przycisnął nas tak, żebyśmy i za starym nie zatęsknili, jako za tym, co wcale nie był taki zły... I z tym optymistycznym akcentem etc.etc... kłaniam nisko, za zdrowie i pomyślność przepijając Waszą...

               

30 grudnia, 2017

O brnięciu przez wspominki...

które to dopadły mnie nieuchronnie, jakem brodził przez czeluści dawnego mego bloga, na onecie jeszcze tkwiącego, którego podobnie jak i niemałej części z Was, przychodzi ninie pora przenosić, by na zmarnowanie nie poszedł tak mój trud, jak i Waszych i Waszych poprzedników myśli i uwagi...
   A skorośmy przy tem, to słów paru bym poświęcić pragnął takim, co to już nie przeniosą, nie zadbają o swoje dawne blogi, czasem porzucone ze zniechęceniem, a czasem osierocone, jako te psiny nieszczęsne, co miesiącami swoich pań i panów odeszłych na niebiańskie spacerniki, wyglądają...
   Jednym z takich, ongi mi bliskich miejsc, a i dziś nostalgiję budzących był blog "Na padoku", przez dwie prowadzony niewiasty, młodszą Karminę, stajnię na Uznamie czy tam Wolinie prowadzącą i starszą, Panią Teresę Szydłowską, szerzej ongi znaną jako Babka z Gdyni, z którą mi się wielekroć więcej skamracić przyszło, nie jeno dla końskich zamiłowań, ale i dla mnóstwa pospólnych znajomych, podobnych experiencyj i zainteresowań, nareście dla Onej zasług w niepowszednim dziele odtwarzania przepadłych w zawierusze wojennej kopii dawniejszych krzyżackich chorągwi, pod Grunwaldem zdobytych, opisanych w "Banderia Prutenorum" i na Wawelu zawieszonych.
   Rozeszły się gdzie w zawierusze poprzedniej z Onetu emigracji drogi nasze i grubo po czasie żem wieści powziął, że Pani Teresy nie masz już wśród nas:

   A mnie, po niezapomnianej Babce z Gdyni pozostało jeszcze jedno, niezwykle osobiste wspomnienie: nota, której Ona mnie poświęciał, a której po niemałej rozterce, czy to aby nie nadmierna mną kieruje megalomania, umyśliłem tutaj wkleić, miarkując, że link będzie jeno chwilowy i że miejsce to całe zniknie niebawem, a ja stracę tą możność czytania tych słów, które w chwilach zwątpienia przywracają człekowi wiarę w sens tego, co czyni...

Wachmistrz

 czyli perły wydobyte z lamusa
Blogów mamy w sieci pod dostatkiem, politycznych, rozrywkowych, wyznaniowych, a nawet jak donosi prasa sponsorowanych przez rządy innych krajów. Jest to kopalnia wiedzy o ludziach, piszących i komentujących.
 Ale blog naszego Wachmistrza to perełka, wśród tych, które zdarzało mi się czytać (Jedne z uznaniem, inne ze wstrętem i te omijam szerokim łukiem, choćby tylko by autorowi, któremu jest wszystko jedno kto i co u niego pisze nie napędzać „statystyki”)
Wachmistrzowe pogderanki „to kopalnia wiedzy historycznej, okraszonej dowcipem i piękną, staropolską mową. Kryteria odwiedzania blogu są klarowne, toteż u Wachmistrza „bywają” koneserzy spragnieni poszerzenia swojej wiedzy historycznej, popartej solidną dokumentacją, ale i odbycia swoistego seansu, przyprawionego ze swadą odrobiną „pieprzu”.
Rychło dopytaliśmy się współznajomków, zarówno w okolicy, gdzie nasz Wachmistrz działa i pracuje, jak i nawet takich zabawnych wydarzeń, jak skrzyżowanie naszych dróg w Zimę stulecia, o czem pisałam, a Wachmistrz komentował.
Zdarzają nam się i spory, jak w wypadku słynnych „Organów” W. Hasiora na Snożce, ale i tak dobrze się porozumiewamy mimo różnicy zdań.
To Wachmistrz na naszej stronie Gth. prostował moje nieścisłości dotyczące Rtm. Wołoszowskiego, za co bardzo wdzięczna jestem, a Prezes osobiście dziękował.
Będąc z zamiłowania historykiem – Wachmistrz wydobędzie spod ziemi wszelką wiedzę na każdy podjęty temat. Jest rannym ptaszkiem z naturą skowronka.
Nie ruszy do pracy, nim nie odpowie na komentarze, dorzuci poszerzającego temat linka. Ma też rubrykę swoistego staropolskiego poradnictwa, z której przyznaję często korzystam.
Dowcip w postach Wachmistrza, aż się skrzy! Jak w opowiadaniu przedświątecznym, kiedy to nabyta na Gwiazdkę choinka nagle zmniejszyła obszerny dom Wachmistrza.
Jest też wiernym i lojalnym przyjacielem swoich gości, dość powiedzieć że i zmagania z nieuleczalną chorobą blogowemu przyjacielowi nie przeszkodziły w kontakcie z autorem do ostatniej chwili. Piękny to dowód, że Wachmistrz czule przyjaźnie pielęgnuje.
 T.Sz. 24.03.09








KATEGORIE: Na padoku

8 Komentarze

  1. wachmistrz@poczta.onet.pl
    27 marca 2009 o 12:02
    Toż to hagiografia jaka, nie recenzyja:))) Tylko patrzeć, jak poczną procesu beatyfikacyjnego, a wtedy tom przepadł, bo i słów grubych zaniechać wypadnie, do piwniczki się jeno po zmroku przekradać i o dzierlatkach przepomnieć…:)) Miłe Gospodynie, baczcież że nawet moja próżność ma swej miary:) Co bym jeno dopowiedzieć pragnął, to primo, żem nijakich nikomu nie naznaczał cenzusów ni kształcenia, ni inszych, temuż nic mi o żadnych nie wiadomo kryteryach, co bo komu wstępu do „Pogderanek” broniły… Nie masz tam tedy, że z szabliną jaką w progu stoję i przychodzących na zdrowiu, czy substancyjej szkoduję, jako jakich nie spełniają „kryteryjów”:))… Przeciwnie: rad żem każdemu, komu ochota owe pogderanki nawiedzić, tusząc, że każdy co dla siebie najdzie… Przestrzegam jedynie, że mowa moja nie jako apostolska „tak, tak, nie, nie”, a po sarmacku zakręcona i czasem iście wywinięta, że nie wiesz gdzie onemu smoku początek, gdzie koniec…:) Secundo, co prostować przyjdzie, to że choć iście ranne mi godziny najmilsze, to czem mi ostatnio później wracać przychodzi i łeb skołatany do podusi złożyć, tem rankiem wstać ciężej, temuż żem już nieraz przewinił srodze, bez onych tak wychwalanych responsów rankiem spraw ostawiwszy…:(( Domostwa też mi obszernego szukać na posesyi zeszło krzynę, nimem wymiarkował, że zapewne o chatynkę moją idzie, co sprostować się godzi, że obszerna ona jeno temu, kto sam w jakiem kurniku pomieszkuje, a sam znam moc domostw takich, przy których moje by za psią budę może się uchowało… Maćka Świętej Pamięci zaś, choć żem iście przez bloga poznał był, przecie insze też nas i złączyły sprawy, a że i ów w komitywie naszej widno nie same jeno widział przykrości, to i stąd ta nasza amicycja, co w tem przypadku się iście do grobowej okazała deski… Kłaniam nisko, raz jeszcze za słowa tak miłe obligowany:)
    • ~Babka z Gdyni
      27 marca 2009 o 14:59
      Prostoduszność moja, albo i naiwność- nie są to najgorsze cechy ludzkie Wachmistrzu! ;-)Tak opisałam, jak czytam i widzę na ekranie.Inny by może splendoru więcej dodał,albo rewerencji, ale Waść młody jesteś, to i psuć nie uchodzi,żeby z bombelkami nie uciekło co u Wachmistrza najwartościowsze.A pracy ponad miarę Wachmistrzowi życzę, póki ona jest lepiej, lub gorzej płatna zawszeć to wartość bezcenna.Nieraz się martwię o Waścinych rówieśników, czy też wszystkim tej pracy starcza.Serdecznie pozdrawiam z Gdyni.
  2. pinukel@op.pl
    28 marca 2009 o 13:36
    dzięki…weszłam sobie na bloga owego Waćpana….faktycznie przemiły blogas….ppozdrawiam serdeczniegramik
    • pinukel@op.pl
      28 marca 2009 o 13:50
      swoja droga dobrze by b ylo poczytac tego blogasa wiecej,…a nie tylko w Twoich komentarzach…..
    • ~Babka z Gdyni
      28 marca 2009 o 18:27
      Pinukel, to nie „blogasek” to porządny i bardzo dobrze merytorycznie przygotowany blog mówiący nie tylko o historii oręża, ale i o obyczajach naszych przodków, o czym, albo nie wiemy, albo nas nie uczono.Wypełnia tę lukę.Naturalnie dla miłośników historii.Pozdrawim wszystkich.
  3. Ekhm co ja widzę? Peon jakiś pochwalny czy mi się zdaje?;>;P
    • ~Babka z Gdyni
      28 marca 2009 o 18:22
      Zdarza się Pegaso, bo i jest to chwalebny wyjątek.Moze nie pean, ale wyraziłam swoje uwagi,a w dodatku Wachmistrz na koniach się zna, sam ma konia, już nie powiem,że w historii jeździectwa jest bardzo dobrze obeznany.Czytam Go zawsze z prawdziwą przyjemnością, bo o wielu sprawach nie wiedziałam.Nie zamierzam wykładać swoich racji, ale wydaje mi się,że człek całe życie się uczy, a w historii oręża polskiego (opócz czasów Króla Jagiełły) mam spore braki.



Treść komentarza *



   

23 grudnia, 2017

Wszytkim Wam Zdrowia i Spokoju w Bliskich najchętniej gronie...

  ...a komu by jeszcze i czas posłużył, a miło byłoby inszych spomnieć tradycyj czy obyczajów, to ku dawniejszym się notom moim tejże materyi poświęconym pokwapić się może. I tak "O obyczajach wigilijnych" żem już ongi raz pisał, co dziś widzę, że jeno krótkiemi było do tematu wstępem, któregośmy rozszerzali tutaj, gdzieśmy między inszemi o psotach wigilijnych pisali i o ściganiu się włościan na pasterkę spieszących... Tutaj żesmy cytacikiem obszernem z JMci Xiędza Kitowicza się sparłszy, o jasełkach pisali, a własną ręką zaś kolędników dawniejszych żeśmy jeszcze i tutaj opisali, oryginalne przy tej wojnie klechów z kolędnikami kolędnicze podziękowanie z roku 1615 podając. Zasię żem Lectorom Miłym starodawnych góralskich składał życzeń "Na scynście, na zdrowie..."Tutaj zasię żem własnej był alteracyi swej dał upust na durnotę ogólnonarodową, mniemającą karpia na wigilijnym stole mieć za obyczaj staropolski... Za okazyją, jako komu tego karpia, ryby dawniej rzadkiej i jeno na pański stół dawanej, chcieć prawdziwie po staropolsku na stół serwować, nie zaś jak leda kotleta schabowego na patelniej osmażonego, to tu ma przepisu na "Karpia po polsku w sosie szarym"... Ongi żeśmy roku minionego notą "O kradzieżach noworocznych" kończyli, dawniejszego tam a dziś przepomnianego cale obyczaju opisanie po krótkości ująwszy... Tutaj zasię, cytacikiem z Wincentego Pola się wsparłszy, żem prawdziwego znaczenia krzeseł pustych stawianych przy stole tłomaczył, tradycją dawniejszą i przedziwną mieszkulancją pogaństwa z krześcijaństwem będącą, aby onych mieć dla duchów...:)
   Nastroju odmieniwszy, bym jeszcze chciał wspomnieć przecudnej urody, choć smutną wielce "Kolędę ułańską" pióra Imci Minkiewicza.
   Was wszytkich przebaczenia proszę, żem dla turbacyj niezwyczajnych i czasu okrutnego niedostatku (tak wiem, że się tak nieledwie rokrocznie tłomaczę, aliści turbacyj los mi prawdziwie nie skąpi, a żem i nie coraz młodszy, to i może temuż z niemi coraz i gorzej sobie radzę...), żem Was nie ponawiedzał z osobna i każdemu życzeń, choć w cząstce tak cudnych, jakich mi szlecie wszelkiemi sposobami, nie rewanżował, w czem zresztą nie dopomagają coraz i liczniejsze, przez onet ladaco wymuszone, przeprowadzki Wasze... Póki co: niechaj Wam te Święta w rodzinnych, daj Boże, gronach spędzane, będą chwilą wytchnienia i spokoju... A jak się uda to i radości wszelkiej możebnej, a i we zdrowiu niechaj to wszytko się odprawuje... Czego Wam, jako i sobie samemu, życzy, nim pójdzie na te pokojowe święta mordować, kto co tam jest do zamordowania, siec, kto co jest do usieczenia, tłuc, kto co jest do utłuczenia i dusić, kto co tam jest do uduszenia...
              kłaniający się nisko
                                     Wachmistrz

17 grudnia, 2017

Jeszczeć o niegodziwościach listopadowych, czyli wielkiego odwrotu spod Moskwy szczegółów przygarstek...III

   Jakeśmy to w częściach uprzednich (I, II) wyłożyli, rzecz, choć wielce z zimą okrutną kojarzona, przecie od początku do niemal końca (czyli przekroczenia Berezyny)*, się w listopadzie zamknęła, miesiącu, który w Polszcze się więcej z pluchą niemiłą i wszystkich już liści opadem kojarzy, niźli z zamarzaniem na mrozie...
   Biograf marszałka Ney'a, Roman Bielecki, w odniesieniu do tego, co się przy przeprawach na Berezynie zdarzyło, napisał: "Nigdy jeszcze w jednym miejscu i czasie nie nagromadziło się tyle bohaterstwa i tchórzostwa, cierpień i poświęcenia, współczucia i dobroci dla bliźniego, a równocześnie podłości i samolubstwa." Pomijając moja ustawiczną skłonność do polemizowania, gdy słówko "nigdy" słyszę, to skłonny byłbym się z temi słowami zgodzić, ale i rozciągnąć je w czasie na cały ten nieszczęśny spod Moskwy odwrót...
  Historia adiutanta Davouta, pułkownika Kobylińskiego, rannego pod Małojarosławcem jest właśnie na istnienie tej pięknej strony ludzkiej natury dowodem. Marszałek poruczył rannego pewnej kompanii grenadierów z rozkazem zaopiekowania się nim, ale i z prośbą, by go, niezależnie od cyrkumstancyj, których im cierpieć przyjdzie, nie porzucali... Nieśli go na noszach, owiniętego kocami, zmieniając się w tem trudzie, na postojach zaś doglądając i karmiąc, choć sami ledwo co mieli do gęby włożyć. Ginęli i marli, ale wciąż nieśli rannego, nawet i wtedy, gdy ów sam ich błagał, by go porzucili i ratowali siebie... Ostatni żywy z tej kompanii grenadier samojeden owe nosze z cierpiącym pułkownikiem dociągnął do Wilna...
   A równocześnie działy się rzeczy, któreśmy już w części pierwszej za pamiętnikami Jakoba Walteran spominali, który pisał o potworzonych grupkach, które tylko o siebie dbały, walcząc w nieludzki sposób z innymi o byt i przetrwanie... Spominaliśmy los koni, które masowo ginąc, czas jakiś przedłużały jeszcze agonię ludzi, choć onych mięso częstokroć ciężko było uwarzyć, czy upiec, przy braku opału, lub odważnych do zbierania go wobec uwijających się wkoło Kozaków. Kapitan woltyżerów Charles Francois wspominał, że jadał "mięso końskie na wpół dogotowane, i to w taki sposób, że od brody po kolana bywałem ochlapany tłuszczem i krwią (...) Widziałem żołnierzy, jak klęcząc lub siedząc w pobliżu szałasów wgryzali się w końskie mięso niczym wygłodniałe wilki." Owo mięso, a po jego skończeniu się, powszechnie warzony "kleik Spartanina"** , zapijany wodą z topionego śniegu, nieuchronnie prowadził u wielu do dyzenterii, która zabijała żołnierzy Wielkiej Armii jeszcze bardziej skutecznie od kul i kartaczy, choć zapewne ustępowała w liczbie ofiar grypie, którą przywlekli służący w rosyjskich oddziałach Baszkirzy i Kałmucy. Dla osłabionych i wycieńczonych organizmów, dodatkiem zupełnie nieodpornych na nieznaną chorobę, skutki były takie, jak dla Indian amerykańskich zawleczenie im naszych chorób przez konkwistadorów...
  Choć znów przyznać przyjdzie, że owa grypa, czy kule nie odzierała tak bezlitośnie swych ofiar z godności. Kamerdyner Napoleona, Constant, wspomina widok całej kolumny takich nieszczęśników:
   "Jej [dyzenterii-Wachm.] ofiary obnosiły się ze swoimi straszliwymi szkieletami pokrytymi wysuszoną i siną skórą. Nagość tych nieszczęśników, którzy musieli zatrzymywać się co krok, była najbardziej przerażającym obrazem, jaki mogła nam ukazać śmierć. Inni, prawie sami kawalerzyści, zgubiwszy lub spaliwszy przy ogniskach buty***, szli teraz z gołymi nogami. Zamarznięta skóra i obumarłe mięśnie złuszczały się jak kolejne warstwy wosku. Kości były odsłonięte, a tymczasowy brak wrażliwości na jakikolwiek ból podtrzymywał w nich płonne nadzieje na ponowne zobaczenie domu rodzinnego."
  Inny oficer, major Leroy, wspominał "kilku żołnierzy i oficerów niezdolnych do zapięcia spodni. Ja sam pomogłem jednemu z tych nieszczęśników włożyć z powrotem jego przyrodzenie i zapiąć guziki. Płakał jak dziecko. Na własne oczy widziałem jak pewien major zrobił dziurę w siedzeniu spodni, żeby nie musiał się rozbierać, by sobie ulżyć. Nie był zresztą jedynym, który zastosował tak odrażające środki ostrożności."
 Roman Sołtyk, ongi bohater spod Raszyna, zanotował ze zgrozą, do czego żołnierzy doprowadzały warunki i cierpienia, które znosić musieli. Widział on "żołnierzy otumanionych, czy raczej upojonych panującym zimnem niczym alkoholem, jak rzucają się twarzą w ognisko i giną w płomieniach, podczas gdy ich kompanionom nawet nie przyjdzie do głowy, aby ich wyciągnąć." Inni strzelali sobie w głowę, lub prosili o to kolegów, a czasem ruszali do samotnej walki z Kozakami, by zginąć w boju, co nie zawsze było im dane, bo ci okrutnicy nie wojowali, jeśli naprawdę nie musieli, a pochwyconych najczęściej rozdziewali do goła i pozostawiali na mrozie.
   I tak ta, bardziej gromada nieszczęśnych potępieńców, niźli armia, dobrnęła do Berezyny, granicznej ówcześnie rzeczułki Wielkiego Księstwa Litewskiego, nawet i niegłębokiej, aliści w zwykłym czasie szerokiej okrutnie, a w tamtych dniach dodatkiem jeszcze, poprzez nagłą, a krótkotrwałą odwilż, więcej i jeszcze szkodą podtopieniami i połamaną w kry pokrywą lodową, po której przejść było nie sposób, a przepłynąć czy nawet i przejść po dnie, niepodobieństwem tak przez wodę zabójczo lodowatą, jak i przez owe kry na ludzi napierające, miażdżące ich i przytapiające... Miałżem ja w zamiarze onej przy Berezynie batalii, jako i samej przeprawy, opisać w części ostatniej, aliści zważywszy na okropieństwo i przykrość niewymowną, którą tym cyklem sprawiam Lectorom, nie wiem zali się na to odważę...
_______________________
* - do Wilna, co by można za kres tej wyprawy uznać, dobrnięto pod koniec pierwszej grudnia dekady. 
** - "Najpierw roztop trochę śniegu, pamiętając, że musisz zużyć go dość dużo, by uzyskać niewielką ilość wody; potem rozmieszaj w niej mąkę; następnie , wobec braku tłuszczu, wrzuć trochę smaru do osi, a wobec braku soli, odrobinę prochu. Podawaj na gorąco..."
*** - mechanizm takiego nieszczęścia był stosunkowo prosty; odmrażanie kończyn to efekt swoistego odcinania przez organizm krążenia krwi od części, które z punktu widzenia organizmu stają się nieefektywne i uciążliwe. W efekcie wielu żołnierzy usiłowały zagrzać zgrabiałe i zamarzające kończyny trzymając je możliwie najbliżej ognia, a gdy zasypiali lub tracili przytomność, nie kontrolowali tego, gdy zaczynały im się palić buty. W latach trzydziestych i czterdziestych we Francji weteranów spod Moskwy poznawano po charakterystycznym, kaczkowatym chodzie, którego nabywali po amputacji dużych palców u stóp, najczęściej padających pierwszą odmrożenia ofiarą.

10 grudnia, 2017

Święto 1 Pułku Szwoleżerów

Grudniową porą nam przyjdzie obchodzić ostatniego w tem roku pułkowego obchodzić święta, za to nie byle jakiego pułku, bo 1 Pułku Szwoleżerów Marszałka Józefa Piłsudskiego (i tylko taka pisownia jest prawidłową, a nie często, acz błędnie: imienia Marszałka etc.), których dzieje i cośkolwiek z tradycyj żem już tu był opisywał w trzech nawet dla ogromu materyi częściach: I, IIIII, tandem jako komu miło byłoby ich spomnieć wraz ze mną to i ku tamtym notkom upraszam, gdzie się cofniemy i do napoleońskich czasów, aliści nie pożałujemy czasu ani i na arcyosobliwe Kijowa zdobywanie w dziewiętnastym roku, a i o Wieniawie słów parę...:) A w kropeczkach możecie sobie między inszemi aż w czterech zupełnie różnych utworach posłuchać nutek tych samych, ze szwoleżerami u nas kojarzonych...:) Ostatnia zaś jest fragmentem "Popiołów" w wersji Wajdowskiej, o której w ostatniej z tych części wspominam słowami Daniela Olbrychskiego, który opisywał tragiczny wypadek przy kręceniu tej sceny zdarzony, który żywota pozbawił filmowego konsultanta, legendę naszego jeździectwa, oficera szwoleżerów i olimpijczyka, majora Adama Królikiewicza...

Cytat miesiąca, czyli niejakie post scriptum do notki "O niegodziwościach listopadowych"

  Po prawdzie to już grudzień, aliści zawszeć ta choć ostaje pociecha, żeśmy części pierwszej choć w listopadzie zaczęli...:)
   Zełgalibyśmy okrutnie, gdybyśmy nie wspomnieli, że Bonaparta przed tą eskapadą nie przestrzegano... Gdy w przeddzień inwazji umyślił własną osobą się na brzeg Niemna wybrać, by przepraw obejrzeć, zdarzyło się, że szarak jaki koniowi spod kopyt nieledwie pyrgnął, a wierzchowiec nowinom takim niezwyczajny, przeląkł się tego okrutnie, jako to u koni zwyczajnie, że ich byle co płoszy. Napoleon nigdy jakim jeźdźcem nie był szczególnym, co i widać po tym, że zawszeć w długich podróżach wolał swojej berliny*, niż siodła. Ano i co tu będziem wokół prawdy kołować: zleciał nieborak i stłukł sempiterny, co świta onego za zły znak przyjęła i sam Berthier począł go namawiać na odstąpienie od zamysłów, a i insi przyklasnęli, wodzów rzymskich pamięć przywołując, co przed batalijami wróżyć kazali i dla drobniejszych znaków przeciwnych potrafili się cofnąć...
  Nikt jednak nie był więcej trafnym, jako własny cesarza posłaniec do służby dyplomatycznej w Rossyi, attache wojskowy przy francuskiej ambasadzie, pułkownik de Ponthon  , który uczynił to następującemi słowy:
"Ludy pod  Pańskim jarzmem, Sire, nigdy nie będą prawdziwymi sprzymierzeńcem. Pańska armia nie znajdzie ani żywności, ani furażu. Pierwsze deszcze spowodują, że teren będzie nie do przebycia**. A jeśli kampania przeciągnie się do zimy, jak Pańskie oddziały zniosą temperatury minus 20 czy 30 stopni?"
_____________________
* - wehikuł specjalnie dla cesarza skonstruowany, gdzie i może by rzec można, że jakich dzisiejszych kamperów pierwowzór. Okrom resorowania niezwyczajnie starannego, wyposażenie miała iście imponujące: miejsce do spania, podręczną bibliotekę, zestaw map sztabowych, serwis podróżny, utensylia toaletowe i kuchenne i wiele poręcznego drobiazgu. Jako jej przechwyciły Prusaki po bitwie pod Waterloo i królowi swemu odesłały, ten onej wyposażenia rozparcelował jenerałom swoim i faworytom na pamiątkę i tak książę Ferdynand Radziwiłł dostał z tegoż dostatku srebrnej szkandeli do ogrzewania pościeli, której, kto ciekaw, może i dziś podziwiać w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie.
** - choć to powinien był Napoleon zrozumieć, skoro po kampanii na naszych ziemiach w 1807 roku stwierdził, że w Polsce spotkał się z piątym żywiołem: błotem. Wielkiej Armii wprawdzie roztopy nie dokuczyły tak, jak Wehrmachtowi w 1941

03 grudnia, 2017

Do noty o grochowiankach i "Zemsty" post scriptum czyli znów o wyrazach przepomnianych...

  Za sprawą noty ostatniej o grochowiankach, gdzieśmy się exemplum posłużyli fredrowskim wyszła i pobocznie kwestyja insza, a mianowicie młódź nam zbłądziła tegoż dzieła Imci Aleksandra inscenizacyję szkolną szykująca i z tekstem fredrowskim się biedząca... Ano i gdy mię zapytali jakąż to dywidendę Dyndalski w przywołanej scenie Milczkowi obiecuje, że by go z rąk Cześnika spotkać miała przy pojedynku sposobności, pojąłem jakem już z osłupienia był wyszedł, że siła nam tu tłomaczeń jeszcze nieraz czynić przyjdzie, by prosty, zdałoby się tekst sprzed ledwo dwóch stuleci, zrozumiałym uczynić. A że, jak mniemam, Lectorom Moim takoż tych objaśnień nie zawadzi, to i przywołuję, com szkolnikom tłomaczył, że w słowach
                   "Bo jak machnie po pętlicach,
                    Zdywiduje, jak Bóg Bogiem."  
nie idzie o żadną dywidendę, a o toż same słówko łacińskie znane z proverbium "Divide et impera"... Jeno,  że Dyndalskiemu nie idzie o żadne dzielenie metaforyczne, a najzupełniej konkretne. Inszemi słowy, znając przeszłość swego pana, a umiejętności szermiercze Rejenta mając widać za nieprzesadnie wielkie, prorokuje on Milczkowi, że go Cześnik potnie w kawały, czy jak kto woli poporcjuje... Nawiasem wskazuje też i zarazem, że to o korpus rejentowy idzie, bo "machać po pętlicach", czyli zapięciach szamerowanych, składających się ze zdobnego guza (dawniejszej hetki) i pętelki, można było w zasadzie tylko mierząc po tułowiu...
   Zaraz też nam wyszła do tłumaczenia i prezumpcyja ze sceny dziewiątej, gdzie Dyndalski się żali na spostponowanie go przez Cześnika przy pisaniu sławnego listu przez pana swego dyktowanego.
DYNDALSKI
(zbierając kawałki swojego pisma)

Jak co sobie ubrda w głowie,
To i klinem nie wybije.
Żebym pisał co się zowie,
Jak już długo z Bogiem żyję,
Tegom jeszcze nie powiedział -
Grzechem prezumpcyja taka,
Ale jednak rad bym wiedział,
Czemum dzisiaj zszedł na żaka?...
Co on sobie, tylko proszę,
Mógł do tego B upatrzyć?
Co nie staje tej literze?
Czy brak w kształcie, czy brak w mierze?"

     Ano najprościej by rzec, że to pomiędzy kilkudziesięcioma znaczeniami bym tu najcelniej widział zadufanie jakie, wyniosłość, zarozumiałość czy wręcz pychę. Nawiasem z tamtej znów sceny problemem się okazał "hebes" ("Z tym hebesem nie pomoże"). Ano, paru żeśmy tu mięli w niedawnym czasie z wizytą, nawiasem gdyby dziś zajrzeli najpewniej by Fredrze udowadniali, że nie ma wyrazu prezumpcyja, tylko presumpcja, bo taka tylko jest w słowniku PAN-u...:)
   Ale hebes nie tylko abderytę znaczył, także nicponia, czego exemplum mamy w jednej z nowel Reymontowych ("zaprowadzę pana do kawiarni, gdzie pan zobaczy kolonie nadzwyczajnych hebesów! Malarze, muzycy, poeci, rzeźbiarze, prorocy, matołki i geniusze, jednym słowem, całą menażerię artystyczno-intelektualną").
  Byłaż i jeszcze insza tłomaczenia potrzeba, gdzie wprowadzają Cześnikowi porwanego Wacława, a ten się raduje słowami: "Objechałem jak bartnika" (nie wiedzieć czemu, mnie w wymowie Imci Gajosa, aktora skądinąd przewybornego, wciąż się zdaje, że tam słyszę "warchlika"). Idzie o niedźwiedzia, przez myśliwych przy barci osaczonego i w zasadzkę pochwyconego, zatem rzec by można, że owe myśliwskie Raptusiewicza metafory, to i poniekąd kompliment dla Wacława, którego z pewnością nie można uważać za jakiegoś szczególnie trudnego przeciwnika, a przecie go Cześnik porównuje do nie byle kogo, bo spotkanie z niedźwiedziem w borze zawszeć były i są do przeżycia spotykającemu ciężkim, a pojedynki z niemi to w naszej literaturze jedne z najwięcej emocjonujących kart...  




25 listopada, 2017

O grochowiankach...

  Jest w narodzie za sprawą jenijuszu Wieszcza znana sprawa czarnej polewki, której epuzer niefortunny doświadczał w gościnie w znak nieprzychylnych onegoż zapałom rodzicielskich planów i chęci, słowem rzecz najprościej rzekłszy odmowna i ucinająca w zaraniu niezłożone jeszcze kawalera o rękę panny prośby... Znaną jest też i podobna w sensie i zamyśle formuła "kosz", luboż i "dostać kosza", a już mniej znaną "harbuz" (arbuz), co też sprawę odmowy załatwiał poprzez stół i talerze... Byłaż przecie jeszcze i insza, a któż wie, czy i nie powszechniejsza forma podziękowania kawalerowi za staranie jego, zwana "grochowianką", co znaczyło luboż samą słomę wymłóconą grochową, luboż i z tejże słomy sporządzony wianek... Czego w literaturze jeden jedyny bodaj unieśmiertelnił Fredro:

19 listopada, 2017

O niegodziwościach listopadowych... I

przez  które rozumieć będziem tak aury plugawość, jako i w ludziach się budzące upiory i podłość małości, prawda że zrodzonych w cyrkumstancyjach szczególnych, których nam przyjdzie umiejscowić w przestrzeni między Moskwą a Berezyną, a w czasie właśnie listopadowym roku 1812*, co, jak się zdaje, większości znakomicie umyka, że to bynajmniej nie były jakie srogie mięsiące prawdziwie zimowe, a zimy rosyjskiej dopieroż uwertura...
   Ową małość można było po prawdzie dostrzec już i wrychle po borodińskiej batalii, gdzie armia na Moskwę ciągnąca, bezdusznie mijała Monastyr Kołocki, gdzie zniesiono z pobojowiska dwadzieścia tysięcy rannych i gdzie naczelny chirurg Wielkiej Armii (obecnie już jeno jakie 140-150 tysiąców liczącej), jenerał Dominik Larrey z przygarścią chirurgów i sanitariuszy onym co dopomóc probował. Onże sam z wyrzutem wspomina: "[...]nikt nie zadał sobie trudu, aby korzystając z pięknej pogody ewakuować rannych. Tłoczyli się oni w cuchnącej, pełnej zarazy, ze wszystkich stron otoczonej trupami stodole, nie otrzymując prawie żadnej żywności, zmuszeni jeść głąby kapuściane gotowane z koniną, aby oddalić widmo głodu. Z powodu wielkiego niedostatku płótna ich rany rzadko kiedy były opatrzone. Chirurdzy sami musieli prać bandaże i kompresy."
    Napoleon po prawdzie wydał był ordonansu, by na każdy wóz taborowy wziąć jednego czy dwóch rannych, aliści po największej części przydał im jeno cierpień, bo motłoch taborowy, owi markietani jeno z wojny żyjący, owi wozacy więcej o swe konie dbający, niźli o poruczonych im nieszczęśników, pozbywali się niechcianego balastu za pierwszą po temu sposobnością, a już z pewnością w chwili, gdy stawali się oni ciężarem, tak dla koni, jak i dla mikrego jadła zasobu...
  Podłość z ludzi (i to ze stron obu) wylazła jeszczeć i większa, gdy przyszło Moskwy zająć nieledwie bezludnej, zasię nastało bezeceństwo rabunków domostw porzuconych, których czasem i jeszcze dla zatarcia śladów podpalano, przyłączając się mimo wolej i samobójczo do dzieła wszczętego przez Roztopczynowych agentów i uwolnionych przezeń z tiurm zbrodniarzy. Pomiędzy temi, co w Moskwie ostali niemało było Francuzów, a co i więcej Francuzek, bo teatr cały moskiewski przed wojną stał niemi. Los owych niewiast, które z lęku przed pomstą rosyjską, wolały z armią napoleońską odejść, jest dziś niemal zapomnianym. Czasem się spomni nazwisko dyrektorki tegoż teatru, Mme Aurory Bursay, jako jednej z tych arcydzielnych niewiast, co żołnierzów szły opatrywać, mimo rosyjskich kartaczy i kul, ale już mało kiedy o onej, często bezimiennych towarzyszkach. Sztabskapitan Eugene Labaume w swych memuarach zdań parę poświęcił "młodej, wzruszającej Fanni", której początkowo traktowano jak miłej podróży towarzyszki, a w miarę postępu w odwrocie spod Moskwy, przywiedziono jej "do stanu, w którym żebrze o najmniejszą przysługę. Za ten kawałek chleba, który dostaje, płaci zazwyczaj w najbardziej poniżający sposób. Szukała u nas pomocy, a my ją tak wykorzystaliśmy. Co noc należała do tego, który zdecydował się ją nakarmić." Podług relacyi sztabskapitana owa nieboraczka pomarła ostatecznie gdzie pod Smoleńskiem, dokąd się ostatkiem sił, uczepiona jakiego wozu, dowlokła...
   Groza tegoż odwrotu nieodłącznie się Francuzom z Kozakami kojarzy, którzy uchodzących ustawicznie szarpali i wykrwawiali**, a pochwyconych rozdziewali do naga i porzucali na mrozie, nie fatygując się nawet iżby im własną ręką śmierci zadać... Angielczyk, jenerał Wilson, co za oficyjera łącznikowego z rosyjską armią w tamtem czasie służył, spominał, jako to eskortujący go Kozacy, znaleźli dnia pewnego "na dnie wąwozu jakieś działo i kilka wózków, obok których leżą konie. Obejrzawszy nogi kilku zwierząt, kozacy zaczynają krzyczeć, podbiegają i całują kolana angielskiego generała oraz jego wierzchowca; tańczą i skaczą dookoła oraz czynią fantastyczne gesty, niczym wariaci. Gdy euforia nieco opadła, wskazują na podkowy martwych koni i mówią: Bóg sprawił, że Napoleon zapomniał, iż w naszym kraju jest zima"***  A skorośmy przy konikach, to inszych memuarów fragmentum, Henryka Dembińskiego, przyszłego jenerała powstania listopadowego i węgierskiego z 1848 roku, w owym czasie dopiero porucznika w 5 pułku strzelców konnych, który nad "straszliwie popsutemi" końmi biadał: "To popsucie tak było mocne, iż pomimo derek w 16 razy złożonych, te kompletnie przegniły, tak, że jeżeli zgnilizna i czaprak przegryza, można było wnętrzności konia, gdy żołnierz zsiadał z niego, z łatwością widzieć."
   Wirtenberczyk Jakob Walter spominał jako po drodze do najostatniejszych przyszło w armii rozwiązłości : "Jednostki są w większym lub mniejszym stopniu rozwiązane [nader elegancki eufemizm na faktyczny rozpad większości oddziałów - Wachm.]. Ze szczątków tych potworzyły się sześcio-, ośmio- lub dziesięcioosobowe korporacje, których członkowie wspólnie maszerowali, wspólnie też trzymali swoje rezerwy i odpychali wszelkich outsiderów
**** . Nieszczęśnicy ci maszerowali stłoczeni razem w kupie jak owce, zwracając najwyższą uwagę tylko na to, aby nie zaginąć w tłumie, z obawy przed utratą łączności ze swoją grupką i sponiewieraniem. A gdy ktoś się zgubił? W takim przypadku inna korporacja zabierała mu całe żarcie, jakie mógł mieć przy sobie, i niemiłosiernie odganiała go od ognisk - jeśli w ogóle wiatr pozwalał coś rozpalić - i z każdego miejsca, gdzie pragnąłby się schronić. Ludzie ci mijali generałów, a nawet samego cesarza, nie zwracając na nich większej uwagi niż na ostatniego ciurę w całej armii."
____________________________
* - Początek epopei odwrotowej wiąże się z rozkazem odwrotu i wymarszem z Moskwy 18-19 października oraz z klęską w bitwie pod Małojarosławcem 24 października, która uniemożliwiła odwrót przez Ukrainę i zmusiła do powrotu tą samą, ogołoconą już z żywności i paszy drogą na Smoleńsk i Wilno. Mrozy i zamiecie zaczęły się po 3 listopada, zaś bitwa nad Berezyną o ocalenie przepraw i umożliwienie odwrotu resztkom wojsk napoleońskich, umownie przyjmowana jako koniec wyprawy moskiewskiej, zakończyła się 29 listopada.
** - osobliwe, że owi nader niechętnie Polaków atakowali, znając, że niemal zawsze cięgi za to zbiorą. Są we wspominkach żołnierzów naszych relacyje o tem, jako to Francuzy, Sasi, Wirtenberczycy i inszy złotem płacić chcieli i płacili za jaki okazalszy polskości dowód, osobliwie czaka ułańskie nasze, które ubierano stojącym na widecie wartownikom, pozór czyniąc, że to Polacy obozują... Co się zaś pochodzenia owego złota tyczy, to owo przeróżnej, najwięcej grabieżczej było proweniencyi. Pułkownik Józef Szymanowski spomina epizod z grudnia już początków, gdy w podwileńskich Ponarach, gdy pod oblodzoną górę nijakie nie były w stanie wyjechać wozy i u podnóża tejże wysoczyny się zator poczynił niemożebny, w którym utknęły i cesarskie furgony z kasą Wielkiej Armii. Rabunek, który się tam wszczął, rzec by można, że pojednał wrogów: "Zaraz też odbito dna w kilku baryłkach i eskorta zaczęła wyładowywać złotem kieszenie, gdy wtem wpadają kozacy, a łapczywi na pieniądze jak na niewolnika, razem z Francuzami zabierają napoleondory z baryłek, ładując je w swoje bezdenne szarawary. Tak więc rzadkim, a pociesznym zarazem być musiał widok grenadiera francuskiego, wypróżniającego do spółki z kozuniem furgon skarbowy."
*** - Polacy, jako jedyni w Wielkiej Armii, mieli w zapasie, stosowane w tamtych czasach, tzw. zimowe podkowy, dzięki którym ocalili niemało swoich koni, a i dzięki nim, także większość armat. Poza niemi, cała Wielka Armia przeprowadziła przez Berezynę jedno działo... (http://starywww.up.wroc.pl/polish/struktura/wet/kkc/cwiczenia/podkowy_kopyta.html poz.22 i 23)
**** - okrutnie mi te formy (korporacja, outsider etc.) nie leżą, aliści wspomnienia Waltera znam jeno poprzez książkę Paula Britten Austina "Wielki odwrót", przełożonej przez Wojciecha i Klementynę Chrzanowskich i, jak mniemam, w owych dwukrotnych translacyjach, z niemieckiego na angielski i z owego na nasze, leży pies pogrzebiony...

11 listopada, 2017

O pianistach, kurach, hotelach i pałacach, czyli cyklu o urządzaniu Niepodległej część XVIII...

  Odstąpim Szweda na krzynę, za sprawą niepodległościowej rocznicy, przecie że my w opowieści naszej o tych sprawach ( I, II, III, IV, V, VI, VII, VIII, IX, X, XI, XII, XIII, XIV , XV, XVI , XVII), już daleko dalej żeśmy zaszli i w części XVII żeśmy nasze prawa do udziału w konferencji paryskiej (rozpoczynającej się 19 stycznia 1919) wystawili, a w XVI-tej, na gruncie krajowem, żeśmy operetkowego zamachu Januszajtisa z 4/5 stycznia pod lupę wzięli...
  Pisaliśmy tam o wielkim naszym pianiście i patriocie, Ignacym Paderewskim, który świeżo co brytyjskim krążownikiem do Gdańska przybył, zasię poprzez Poznań, ku Warszawie, mimochodem (?) po drodze wielkopolskiej wywołując insurekcji. W Warszawie zaś ów się zdążył spotkać z politykami miejscowymi, najwięcej z endeckimi, po czym pospiesznie do Krakowa ujechał, co mnie w przekonaniu utwierdza,  że się o szykowanym przewrocie dowiedział i czym rychlej się usuwał ze sceny, by być poza podejrzeniem o onego inspirację czy sprawstwo. Nic go przecie aż tak pilnego do Krakowa nie wzywało, by to ponad istotne o przyszłości kraju rozmowy z Piłsudskim w Warszawie przedkładać... Chyba, że... chyba, że się czekało na wynik tych januszajtisowych rebelii, by albo wrócić w roli męża opatrznościowego, co walk jakich może bratobójczych uśmierza i władzy obejmuje jako symbol zgody narodowej, abo też by władzy przejąć z rąk insurgentów zwycięskich, a w razie onych niepowodzenia móc właśnie tą nieobecność swoją za dowód niewinności wystawiać...
   Czy się na to Piłsudski dał nabrać, szczerze powątpiewam... Z nich dwóch, to właśnie wileński milczek-konspirator miał wielekroć więcej politycznej experiencji a i prawdziwego politycznego instynktu; Paderewskiego sam zaś po pierwszym spotkaniu określił wielkiego pianistę, moim zdaniem, i najlepiej i, na swój sposób, najpiękniej: "Kryształowa dusza, głowa dziecka!" Aliści, com o zamachu Januszajtisa pisał w części XVI, przyjdzie zweryfikować krzynę, bo to, że pucz, dzięki determinacji i lojalności jenerała Szeptyckiego i stanowczości innych, na panewce spalił, nie znaczy, że paradoksalnie sukcesu pewnego nie odniósł, jeśli przyjąć, że jego celem była rekonstrukcja władzy. Piłsudski zrozumiał, że prawica nie cofnie się przed niczym i musiał, po prostu musiał, następną taką próbę uprzedzić jakimś politycznym ruchem i jej zneutralizować w zarodku. Dodatkiem, co już podnosił Torlin, miał zupełnie inne priorytety od swych socjalistycznych współpracowników i podkomendnych, którym rzecz wyłożył co prawda obcesowo, ale nadzwyczaj celnie: "Nic nie rozumiecie. Nie chodzi o lewicę czy prawicę, mam to w dupie. Jestem dla całości. Chodzi o wojsko, którego nie ma. Do dupy z waszymi radami, do dupy. Potrzebuję żołnierza! Paderewski dogada się i z Fochem, z kim trzeba, i będzie moderował Dmowskiego."
    Bunt Januszajtisa dowodnie wykazał, że pójście dalej drogą reform socjalnych Daszyńskiego i Moraczewskiego jest drogą do wojny domowej. Nawet zakładając całkowitą w tej sprawie lojalność tworzącego się Wojska Polskiego, to tego wojska było zdecydowanie za mało nawet do stłumienia grożącej rewolucji i spacyfikowania kraju, a gdzież jeszcze potrzeby zarysowujących się frontów na wschodzie, gdzie do Wilna zbliżali się bolszewicy, rewoltowały się całe połacie kresowe, a z Ukraińcami przyszło toczyć krwawe boje o Lwów, którego pierwsza odsiecz swą liczebnością* znakomicie ilustrowała możliwości państwa polskiego na tym etapie. Że nie wspomnę o wsparciu Wielkopolan, Ślązaków, Orawian etc.etc.  Po prawdzie dane liczbowe z połowy stycznia 1919 podają stan armii na jakie 110 tysięcy żołnierza, ale trzeba przy tem dodać, że 15 stycznia dopiero ruszył zadekretowany przez Naczelnika Państwa pobór, tak więc w owych 110 tysiącach, obok wiarusów z Legionów czy armij zaborczych, niemało było takich, co to się właśnie dowiadywali z której strony karabin ma lufę... A we Francyi stała niemal tak samo liczna** "Błękitna Armia" Hallera,  bajecznie (jak na nasze możliwości) wyekwipowana i uzbrojona(między inszemi batalion czołgów i kilka eskadr lotniczych) i zależna w zasadzie jedynie od Dmowskiego i jego Komitetu. A Piłsudski czuł, że Paderewski i Dmowski, to wprawdzie dwa wspaniałe konie ciągnące ten komitetowy powóz, ale nie bez szarpnięć i wierzgnięć i bynajmniej nie jest to para zgodnie pociągowa, bo to że powóz jedzie, jest raczej wypadkową ich osi, niż efektem zgodnej współpracy...
 Odgadł też trafnie, czy wyczuł może, że Paderwski jest swoistym zwierzęciem scenicznym, potrzebuje aplauzu, świateł, powszechnej adoracji... I, dogadawszy się z nim co do konieczności utworzenia rządu swoistej zgody narodowej, dał mu te pięć minut w blasku fleszy i przy uwielbiających go tłumach, równocześnie światu szląc sygnał o konkordii polskich aspirantów do władzy, czego Dmowski, choćby nie wiem jak mu to było nie w smak, spsować nie mógł i ścierpieć musiał.
   Rząd ten, w którym wprawdzie kilkoro pozostało ministrów z rządu Moraczewskiego, a większość powołał nowy premier z kół prawicowych, można jednak uznać za rząd bezpartyjny i dość ściśle trzymający się środka. W sensie reform społecznych oznaczało to stan zaniechania, podobnie jak w wielu istotnych kwestiach krajowych, bo też i sam chyba Paderewski doskonale rozumiał, że jest powołanym do działań na arenie międzynarodowej, ze szczególnym naciskiem na konferencję pokojową w Paryżu. W sprawach krajowych rychło też rząd ten zaczął być tęgo krytykowanym, tak z prawa zresztą, jak i z lewa... 
   Za tego też rządu przyszło do wykrystalizowania się, przynajmniej chwilowego, miejsca urzędowania gabinetu, z czym jak się okazało wcale nie było tak prosto. To, co dziś warszawiacy rozumieją jako Pałac Rady Ministrów, to dawne koszary carskiego Korpusu Kadetów, w czas I wojny odmienione na gigantyczny lazaret, którego przekazania wypertraktowali w listopadzie 1918 oficyjerowie Szkoły Podchorążych Piechoty z Ostrowi Mazowieckiej, obiecawszy trzymającym go Niemiaszkom zadbać o godziwy transport rannych i chorych do Niemiec. Szkoła Podchorążych jednak tam miejsca nie zagrzała, bo opowiedziawszy się w maju 1926 po stronie rządowej, po przejęciu władzy przez zwolenników Piłsudskiego, ciupasem ich nazad do Ostrowi wyekspediowano. Gmach potem zajęły pospołu Generalny Inspektorat Sił Zbrojnych i Centralna Biblioteka Wojskowa wzbogacona zbiorami Muzeum Polskiego z Rapperswilu***, ale nie zmienia to faktu, że Paderewski w 1919 korzystać z niego nie mógł. 
   Istniał wprawdzie Pałac Namiestnikowski, czyli dzisiejszy Prezydencki, wcześniej zwany kolejno Pałacem Koniecpolskich, Radziwiłłów i Lubomirskich, którego tak naprawdę gospodarzem i mieszkańcem był jeden jedyny namiestnik carski, generał Józef Zajączek w latach 1818-1826 (późniejsi namiestnicy urzędowali w Zamku Królewskim), a który w czasie wojny światowej służył niemieckiemu generał-gubernatorowi****, tyle że jego wrychle po przejęciu remontować poczęto i nim się rządowi do użytku nadał, czasu minęło niemało.
   Paderewski urzędować zatem począł w jego sąsiedztwie, postawionym tam hotelu "Bristol", którego był właściwie właścicielem i którego nienawidził serdecznie. Rzecz sięgała jeszcze lat z przełomu wieków, gdy pianista, mając pieniądze niemałe, chciał je jakoś zainwestować roztropnie, a że sam głowy po temu nie miał, to zawierzył swej wówczas jeszcze przyszłej, wtórej żonie, Helenie Górskiej, która mu naraiła swego kuzyna, Stanisława Roszkowskiego. Tenże, mając plenipotencję Paderewskiego rozhulał najpierw zakup gruntów, zasię budowę ekskluzywnego hotelu na skalę, która oszołomiła warszawiaków. Prawda, że nie było to przedsięwzięcie zupełnie sensu pozbawione, bo hotel po paru latach funkcjonowania zaczął przynosić ogromne zyski, ale Paderewski spodziewał się ich i wcześniej i może nawet większych, zaś z pewnością nie spodziewał się aż takich kosztów (zamierzone półtora milijona rubli grubo przerosło dwa miliony) i powolnego (w proporcji do amerykańskiego) tempa budowy. W listach do przyjaciół w latach 1899-1901 wielokrotnie nazywał "interes hotelowy" workiem bez dna i dawał upust swemu rozgoryczeniu. Nie był na otwarciu, a nawet kiedy wrychle potem odwiedził Warszawę i dawał koncert na otwarcie filharmonii*****, to nie zwiedził Bristolu, nie chciał się spotkać z dyrekcją i pozostałymi udziałowcami. 
   W styczniu 1919 jednak zamieszkał w Bristolu (sprzeda go dopiero po 1926 poznańskiemu Bankowi Cukrownictwa) i tam też odbywały się pierwotkiem posiedzenia jego rządu. Dodajmy od razu, że z nieoczekiwanymi turbacjami sprawionemi przez małżonkę pianisty... Drugą, albowiem pierwsza, Antonina Korsak, zmarła w 1880 roku, wrychle po urodzeniu syna, najpewniej w gorączce popołogowej. Syn pianisty urodzony już z chorobą Heinego-Medina, od początku wymagał stałej i troskliwej opieki, której pianista w swoim cygańskim życiu zapewnić mu nie mógł i tu się okazała wielce pomocna żona jego ówcześnego przyjaciela, skrzypka Władysława Górskiego, która prawdziwie troskliwie to sparaliżowane dziecię piastowała******, za sposobnością też i zajmując się wszechstronnie i samym pianistą, którego omotała w sposób zgoła zdumiewający. Aż dziw, że rozchwytywany i uwielbiany przez niewiasty, wielki artysta, związał się z kimś tak nieprzystającym do jego świata. Horyzonty pani Heleny nigdy do najrozglejszych nie należały (gdy Paderewscy zamieszkali już na stałe w szwajcarskim Morges, cały jej tamtejszy świat wypełniły... kury rasowe, które z upodobaniem hodowała), była przy tym potwornie zaborcza i despotyczna, co pan Ignacy potulnie znosił.  Rzec, że się wtrącała do wszystkiego, to być arcysubtelnym w tej mierze... Ona się po prostu panoszyła, dodatkiem wyjątkowo gruboskórnie i nieraz grubiańsko. Po Warszawie legendy krążyły o tym, jak potrafiła wtargnąć na posiedzenie rządu i pogonić ministrów, bo "męczą Ignasia", który musi natychmiast zjeść obiad! Gdy się gdzieś coś, nawet drobnego, zepsuło czy zaginęło, potrafiła przerwać dyplomatyczne spotkania i zagonić premiera do poszukiwań, czy też do załatwienia jakiegoś drobiazgu, w jej pojęciu natychmiast koniecznego... Przy tym wszystkim otwieranie każdej korespondencji, nawet służbowej czy dyplomatycznej, to właściwie już drobiazg, nawet jeśli ta czasem ginęła i dobrze jeśli jej przynieśli z hotelowej pralni, znalezionej między prześcieradłami... To o niej napisał Lechoń:
     "Ona Naczelnika Państwa, sejm i ministrów w kupie,
       Za nic ma, kręcąc Polską, niczym łyżką w zupie."
  To ona stała się definitywną przyczyną ostatecznego poróżnienia się Paderewskiego z Dmowskim, który na sondujące pytanie pianisty o możliwość pogodzenia się, odparł, że owszem, jak najchętniej, ale dopiero po tem, jak Paderewski otruje panią Helenę. Można uznać, że przeniesienie obrad rządu do Zamku Królewskiego przez Paderewskiego to nieznaczna próba wydobycia się spod zbyt zaborczej kurateli, a może przynajmniej ukrócenia najgroźniejszych skandali i komentarzy.
  Nie zdało się to na wiele, bo opinii już się naprawić nie dało, nawet naprawdę wielkimi sukcesami na arenie międzynarodowej. Do tego doszło rzecz wtóra; brak tak naprawdę zdolności Paderewskiego do pełnienia sprawowanego urzędu. Byłby zapewne znakomitym prezydentem, ale premier to inna para kaloszy i codzienny mozół papierowy, którego pianista nie znosił (ćwiczyć na pianinie potrafił i dwanaście godzin dziennie). Ze swą prostolinijnością kompletnie się nie nadawał do żadnych gierek, tak gabinetowych, jak parlamentarnych, przy tem tak naprawdę, przy całym swym gorącym patriotyźmie, zwyczajnie nie znał kraju, z którego wyjechał ponad trzydzieści lat temu, i nie bardzo czuł jego problemy. Sprawy społeczne to była dla niego prawdziwa abstrakcja, podobnie jak militarne, a oddawszy te kwestie fachowcom i tak brał cięgi za każde na tem polu błędy, czy niepowodzenia.
  A krytykę Paderewski znosił wyjątkowo źle; nawykły do hołdów, aplauzów, adoracji z prawdziwym zdumieniem odkrył inny świat, w którym nie znaczyło to nic i byle żurnalista uważał się za władnego poniewierać jego imieniem bez miłosierdzia. Dal wielkiego pianisty było to coś niepojętego i w jego rozumieniu absolutnie niezasłużonego; reagował po trosze jak skrzywdzone ciężko dziecko, które nie umie wyciągnąć z krytyki innego wniosku, niż ten, że ktoś go prześladuje...
  W Qui Pro Quo jego odejście po niespełna rocznych rządach (następcą Paderewskiego został farmaceuta z zawodu, Leopold Skulski)  skwitowano kupletem:
     "Wszystko mi jedno, pianista czy aptekarz, 
       Nigdy się, bracie, porządku nie doczekasz"
________________________________
* - 40 oficerów, 1228 żołnierzy i osiem dział, dowodził podpułkownik Michał Karaszewicz-Tokarzewski, nawiasem arcyciekawa postać, wolnomularz, teozof, duchowny Kościoła Liberalnokatolickiego.
** - Przyjmuje się, że stutysięczna... Ale tak naprawdę to te sto tysięcy stanie się prawdą, gdy doliczymy uznające jej zwierzchność oddziały polskie walczące na terenie Rosji z bolszewikami: w pierwszym rzędzie dywizję Żeligowskiego, walczącego u boku Denikina na Kubaniu i dywizję strzelców syberyjskich Waleriana Czumy, walczącej w siłach wojsk admirała Kołczaka, a potem osłaniającej odwrót wojsk interwencyjnych i haniebnie zdradzonej przez dowództwo Korpusu Czechosłowackiego, którzy wydali naszych bolszewikom.
*** - w znacznej części księgozbiór obu bibliotek spłonął we wrześniu 1939
**** - w 1917 zdemontowano stojący przed pałacem pomnik Paskiewicza, jako symbol carskiej władzy, którego przecie nie uchodziło tolerować w zamierzonym, proniemieckim Królestwie Polskim, tworzonym na bazie Aktu 5 Listopada. Ostał się postument z szarego fińskiego granitu, który się nadał akuratnie pod rewindykowany z Homla (siedziba Paskiewiczów) na mocy traktatu ryskiego, pomnik księcia Józefa Poniatowskiego, którego po prawdzie podług projektu Thorvaldsena wykonano, ale nigdy go w Warszawie poddanej carskiej władzy, nie postawiono.
***** - na otwarciu Filharmonii koncertował też Edward Grieg, który wcześniej wysłał do dyrekcji hotelu telegram z zapowiedzią przyjazdu i poleceniem wyszukania mu pokoju bez pluskiew. Oprowadzony po przyjeździe przez dyrektora Rajchmana po wnętrzach z marmurowymi podłogami, perskimi dywanami, angielskimi meblami, kryształowymi żyrandolami i przewieziony kryształową windą, przepraszał za ten telegram bez końca.
****** syn Paderewskiego, Alfred, zmarł w 1901 roku, na skutek dodatkowych komplikacji z układem krążenia.



08 listopada, 2017

Nota. po prawdzie, to niemal o niczem, aliści kolejnych bez niej imaginować ciężko...:))

  W nocie uprzedniej (I , II , III) naszego, mimochodem rodzącego się, cyklu o Inflanciech sprzed wieków, żeśmy nie tyle wystawili dramatis personae, co je jeno z miana wspomnieli, zatem pora tegoż obrazu dopełnić, nakryślić oś sporu, a i naszych spraw krajowych co pojaśnić...
   Sporu ze stryjcem, Karolem Sudermańskim, odziedziczył poniekąd Zygmuś po tatusiu, który był wprawdzie przez krótki czas z Karolem dobrze, gdy oba się przeciw szalonemu Erykowi XIV (taka sama z tą czternastką prawda, jak z dziewiątką Karola) pobontowali, zasię przyszło między niemi do rozlicznych zatargów o przenajróżniejsze zresztą sprawy. Sudermania (Södermanland ) książęcia młodszego, której objaśnienia brak słusznie w komentarzach pod notką uprzednią wskazał Vulpian Dociekliwy, to samo jądro najbardziej szwedzkich ze szwedzkich ziem, ze Sztokholmem samym włącznie, tandem rozumiem ja brata starszego, że mu nie w smak było, że jeśli młodszy odrębność swego władztwa na każdym kroku zaznaczał i ostro o nie walczył, to że mu to przykrem było, bo pewnie gdzie by się za próg zamku królewskiego nie ruszył, musiał mieć poczucie, że nie jest u siebie. Osobliwie, że się zaraz na to nałożyły i spory o prawo do powoływania sędziów, zwoływania wojska, podatki, cła czy może i gdzie w tle o jaką zawiść o niezgorzej administrowane i dochodowe bratowe włości. Do tego jeszcze się bracia ze sobą poróżnili o coś, co zawsze ludzi skłóca najwięcej, jeśli niewiast i pieniądza nie liczyć: o religię...
   Tutaj sobie na refleksyję ogólniejszej natury dozwolę; owoż w całej okcydentalnej Europie stara wiara krześcijańska, odtąd katolicką zwana, się brała z nowemi, reformowanemi, za łby i luboż się to kończyło arcykrwawo jako u Niemiaszków wojnami religijnemi całą gębą, podobnie jak i u Francuza, abo też i pozornie rzecz bez wojny przeszła jedną władcy decyzją, jako u Angielczyków czy u dawnych Krzyżaków, zasię Prusaków, tyle że to morze krwi, co by spłynęło w bitwach i rzeziach jakich ( u Angielczyków i tak spłynęło raz jeszcze, jeno o wiek później za Cromwella czasów) popłynęło z szafotów, gdzie odmiennie wierzących jedni drugich ścinali, wieszali, łamali czy co tam jeszcze poradzili wymyśleć... Czasem się na to jeszcze narodowe nałożyły sprawy jako między Niderlandczykami, co o swoją wolność się od Hiszpana upomnieli, abo pomiędzy Irlandczykami i Anglikami...
   Tem zaś czasem u Szweda, dopotąd się te sprawy miały wcale nie tak znowu najgorzej, może i temuż, że między czarnym i białym sporo tam było próbowania jakich odcieni szarości, tandem dopiero "naszą" ( bo tak prawdziwie to Zygmunta III ze stryjcem i onego poplecznikami) wojnę ze Szwedem przyjdzie uznać za ten moment, gdzie się u nich już rzeczy całkiem spolaryzowały i konflikt nabrał też religijnego wymiaru. Tatuś bowiem Zygmuntowy, Jan III, probował bowiem zaprowadzić w tamecznym kościele liturgii wcale znów tak nieodległej od katolickiej, a znów brat jego więcej zdawał się ku kalwinom zerkać, co obu ich lokowało niejako na przeciwnie skrajnych skrzydłach reformacyi szwedzkiej. A i mam ja czeguś takiego podejrzenia, że Carolus miał jaką ustawiczną w sercu do braciszka ansę, że nie jest dostatecznie za wywojowany dlań tron wdzięcznym, a i że on sam pewnie (trochę i nie bez racji) byłby władcą lepszym.
   Obaj bracia królestwa brali z dobrodziejstwem inwentarza, zatem i ze wszytkiemi zadawnionemi sporami i wojnami. W tem i z nami o zagarniętą w I wojnie północnej Estonię, którejśmy nijakim nie pokończyli pokojem, jeno armistycjum zawarto i tak trwał stan, ni to wojny, ni pokoju między nami. Podobnie i z Moskwicinem, póki co szczęśnie zajętym wewnętrznymi własnymi turbacyjami, gdzie się państwo podnieść nie umiało po rządach Iwana Groźnego, a i po wojnach z nami, gdzie im Batory pokazał, co jest z Rzeczpospolitą zadzierać. Szwedy jednakowoż się nie czuły dość nawet z osłabłym Moskalem bezpiecznie, tandem łakomie pozierały na tron polski, co i rusz wakujący, niegłupio i może rachując, że potencyje państw obu złączone, zdolne by były moskiewskiego niedźwiedzia obalić raz na zawsze. Ociec Zygmunta, tąż myślą natchniony, zgłosił swej kandydatury tak do elekcyi pierwszej, jako i wtórej, ale za każdem razem przegrywał. Dopieroż po Batorego śmierci, w arcyzawiłościach naszego interregnum i podziałów, przy których dzisiejsze prawdziwie są błahostką, pojawił się cień szansy na władztwo Szweda w Polszcze, ale o tem to już szerzej w nocie następnej opowiem...:)