18 lutego, 2018

O tęgości zim niektórych dawniejszych...

  Ot, choćby takich, jak owa w Roku Pańskim 1929, gdzie jak nam donosi prasa ówcześna (choć tylko ta, której się wyjść w tych dniach udało), była jedną z cięższych przeszłego stulecia. Front mrozowy dowędrował i nad Saharę, gdzie tamecznym Beduinom nocne przymrozki nawet nie pierwszyzna, aliści żeby nad Pustynią Libijską wpodle Mersa Matruh marznący deszcze padał i piasek szklistością lodu pokrywał, to tego najstarsi nie pamiętali nomadzi... 
  U Greczynów, jako i Macedończyków, w Italijej, Iszpaniej aura sobie wolne z ludzi czyniła żarty, już to zasypując winnice i gaje oliwne śniegiem, tak że drzewek nie dojrzał, już to topiąc tegoż śniegu i obracając w rwące przez zbocza rzeki, które zatapiały powodziami całe powiaty. Madziarowie za sukces niemały ogłosili, że okrutnym wojska wysileniem najpryncypalniejsze drogi żelazne przejezdnemi się stały i można się znów dostaw węgla z kopalń spodziewać. Serbom się sztuczka ta sama nawet z Belgradem nie udała i ten przez dni wiele był od świata odciętym zupełnie.
   Francuzy, jak to Francuzy, u nich jako wpodle zera to już klęska narodowa, tandem jak im do minus jedenastu spadło, to sparaliżowało wszystkiego. Municypium paryskie zobligowało lombardy tameczne, by biedakom na powrót zwracały zastawionych paltotów i odzieży ciepłej, jeśli owa nad 50 franków nie jest wartą, to miasto zwróci właścicielom koszta. Jako obrachowano na dzień 19 lutego właśnie, zwrócono nazad z górą tysiąca palt i inszych okryć... Po zamarzniętej Sekwanie jedynie dziatwa sobie ślizgawki uskuteczniła, podobnie zresztą jak na Tybrze i na Tamizie. W Wenecji gondole stanęły zbyteczne, bo suchą nogą można było po kanałach zmarzłych chodzić, choć znów nie wiadomo po co, bo wszędzie nawiało śniegu na wysokość chłopa i przez plac Świętego Marka przyszło do Pałacu Dożów ścieżki w śniegu na dwa metry wysokim przekopać...
   Danię, podobnie jak i właściwie całą Skandynawię, odcięło od świata ze szczętem. W Kopenhadze nie masz chleba, bo choć mąki nawet byłoby zadosyć, to ze świcą szukać drożdży! Z Hamburga posłali aeroplanu z 650 kilogramami drożdży piekarskich, a ten prawdziwie w nieludzkich ląduje warunkach, gdzie aerodromu nie nadążają odśnieżać i piloci sadzają maszyny w zaspach, gdzieniegdzie i metra sięgających, cudem wychodząc z tego bez szwanku.
  Wichry, zgoła huraganowe, pędzące ode wschodu, natłoczyły zwały lodu przy duńskich Bałtyku wybrzeżach i wepchnęły tam pięć statków, które w wielkiej się znalazły opresji, bo je lód nie dość, że zgniatał i psował, to jeszczeć nie sposób było o żadnem salwerunku myśleć, bo dojść do nich można było jedynie piechotą, by się kto znalazł tak śmiały, nic ani dolecieć, ani dopłynąć nie mogło, a po polach lodowych, które więcej jakie rumowiska i gołoborza przypominały, trzeba by się przeciskać pomiędzy bryłami lodu i spiętrzonemi połamanemi krami nieraz i na chłopa wysoko... Był tam, między inszemi i nasz SS*"Tczew" , stateczek dość powolny, którego raz już salwowano, gdy z inszemi wmarzł w lody wpodle Bornholmu, aliści z onej obieży ich wyrwały niemieckie pancerniki: "Schlezwig-Holstein" (tak, tak; tenże sam, co go aż nadto dobrze znamy z inszej akcji, o dziesięć lat późniejszej!) i "Elsass", lodu, nie nadto jeszcze grubego widać, krusząc. Aliści w mil ledwo parę przed kilońskim portem "Tczew" już ugrzązł na dobre i rzecz się stała krytyczną, bo na statku nie było radiostacji, tandem marynarze nasi z węgla wiezionego poczęli napisów na lodzie układać, a kilku się per pedes przez lody do jakiej wioszczyny przedarło, gdzie jakiego jadła nakupili. Napisu dostrzeżono i awiatorzy niemieccy poczęli zrzutów czynić wpodle "Tczewa" a na pomoc znów ruszyły pancerniki, jeno że tym razem salwerunek się nie powiódł: "Elsass" sam ugrzązł w lodzie, a "Schlezwig-Holstein" z rozbitym o lód dziobem dowlókł się do Schwenemunde (czyli do Świnoujścia:) na naprawy.
   "Tczew" jednak przetrwał lodowy napór, aliści za odmienionym wiatrem na zachodni, poczęło go wraz z całym lodowym polem znosić na otwarte morze i tam dopiero, po sześciu tygodniach gehenny, polskiego statku uwolnił niezłomny "Elsass"
  Względnie za to nieźle radziły sobie Gdańsk i Gdynia, przynajmniej jeśli o czynność portów idzie. Gdańsk wynajął wielkiego lodołamacza "Sampo" od Finów, który to olbrzym wyrąbał drogi z portu przez Zatokę na pełne morze, a Gdynia podobnej misji zleciła szwedzkiemu "Balderowi". 
   W Warszawie z jednej strony radowano się z przywrócenia połączeń telefonicznych z resztą kraju, które szwankowały, bo kable telefoniczne, kurcząc się na mrozach, wyrywały ze słupów 4-calowe haki, któremi je mocowano! Z drugiej znów strony marzną niemal wszyscy, bo w składach kaducznie brakuje opału, zaś onego dowiezienie najwyższych nastręcza trudności. Władze jednak przykazały, by składy otwarte były dzień i noc, nie temuż, by przedawać, boć tam przecie po większej części by bryłki nawet nie uświadczył, jeno temuż, by każdy mógł wejść i się o tem naocznie przekonać i by w ten sposób spekulacyj ukrócić**. Przed składami zresztą dochodzi do dramtycznych zajść i rozruchów, 18 lutego przed składem na Dzielnej 27 tłum wzburzony daremnem na węgiel parogodzinnem czekaniem, począł składu demolować, a gdy właściciel wezwał policji, ta nadciągnęła w osobie pojedynczego posterunkowego Machlewskiego i skupiła na sobie całą tłumu agresję. 
   Osaczony Machlewski dobył broni i strzelając w tłum, poranił niejakich Szmula Seperowicza i Joska Czosnka, a zlinczowanym nie został jedynie dzięki przytomności przechodzącego nieopodal rontu wojskowego, który policjanta uratował. Nazajutrz już przed każdym składem w Warszawie stały posterunki policyjne, by ordynku pilnować.
   Wpodle Stanisławowa, gdzie największych, bo siedmiometrowych, zasp odnotowano, tysiące żołnierzy i zmobilizowanych robotników oraz bezrobotnych daremnie próbuje tory choć odkopać. Na próżno: do Stanisławowa przez trzy tygodnie nie dojedzie żaden pociąg. Na Wileńszczyźnie zaspy są "tylko" czterometrowe, ale za to temperatura przekroczyła minus 40...*** W pozostałych częściach kraju zazwyczaj było od minus 35 do 39 stopni, co oznaczało, że przy niedoborach opału w mieszkaniach mało gdzie było co więcej od zera...:( W Żyrardowie, gdy już wyczerpano wszelkie węgla zapasy, rada miejska nakazała rąbać na opał płoty, tak miejskie, jak i prywatne, obiecując właścicielom z wiosną odbudowanie parkanów na koszt miasta. W całej Polsce masowo giną drzewa w parkach, podobnie jak ławki i wszystko niemal, co się daje porąbać i spalić w "kozach" wyziębione mieszkania ogrzewających...
    Wieczorem zaś 19 lutego, w warszawskim kinie Colosseum poczęła się premiera filmu podług dramatu Żeromskiego "Ponad śnieg bielszym się stanę"...
_____________
* - z angielska Steamer Ship, czyli na ludzkie wykładając: parowiec
** - choć tej jednej lekcji widać, że władze odrobiły, najwidniej smutnych zajść z roku 1923 w memoryi zakarbowawszy   ( ,IIIIIIV, V), 
*** - najniższej odnotowano w Krynicy: - 45 stopni.


11 lutego, 2018

Obrona Radczyni...

Miałżem ja personalnych już "obron" nie pisać, jako że onych bohaterowie cuś kończyli marnie, luboż i na jakie swoje życiowe manowce schodzili, od których chyba jednak onym przybywało rozumu...Insza jest bowiem rzecz jakem obron pisał spraw i nacyj u nas zohydzonych**, aliści personaliter kogo żywego już się, mniemam, nie poważę... Dzisiejsza przecie heroina nasza, wystawiona pierwotkiem w dramacie przez Wyspiańskiego, zasię przez Wajdę w filmie znanem sub titulo "Wesele", zapamiętaną została nieledwie jeno dla tej roli i tych słów paru, z których najwięcej do historii kultury przeszły te: "Cóż ta, gosposiu, na roli? Czyście sobie już posiali?" oraz "Wyście sobie, a my sobie. Każden sobie rzepkę skrobie", padół ten opuściła już dawno, to i nadzieja, że nie naszkodzę...  
   W filmie przywołanem sceny z jej udziałem się poczynają od 13.00 minuty, jeśliby kto chciał przypomnieć...

   Słowem przeszła nam Antonina Domańska, bo to o nią idzie,  do potocznej świadomości jako jejmość o wsi pojęcia nie mająca, przeciwna brataniu się z nią, czy ogólniej: "z ludem"  i generalnie jako babsztyl cokolwiek zawistny, małostkowy, by nie rzec wredny a i w domyśle jakby i nieprzesadnie dużego rozumu. Czy słusznie ? 
   Przepatrzywszy scen z jej udziałem (właśnie od tej 13-tej minuty), gdzie jej dialog z Dziennikarzem jakoś mi zawsze ze świadomości uciekał, zastanawiam się, czy aby ona w tem całym ludycznym rozpasaniu i zniechęceniu inteligenckiej dekadencji nie jest tam aby jedyną trzeźwą osobą, wcale rozsądnie otoczenie i onego inklinacyje oceniającą... No może jeszcze Ojciec  z kongenialnym tekstem: 
                                       "Ot, pany się nudzą sami,
                                        to się pięknie bawiom z nami."
  Obsadził ją tam Wyspiański w trochę dziwnej roli "ciotki-przyzwoitki" dla panien Pareńskich*** , których nie była, o wieleż mnie wiedzieć, nijaką krewną, ni powinowatą, a przecie tego nie było potrzeby kreować, by jej obecność na weselu uzasadnić, skoro była prawdziwie ciotką, ale...Lucjana Rydla! Jako opiekunka wydaje się nazbyt sroga, choć w końcu ulega, ale czyż jej kwestie dotyczące spodziewanego mordobicia na wiejskim weselu nie są właśnie wcale niezgorszą znajomością tamtejszych realiów? Tych, w których kmiotkowie wierzyli, że jak na weselu nikt po pysku nie wziął, to stadło nie będzie szczęśliwe, stąd i płacono czasem kogo, by jeśli się bójka nie wszczęła samoistnie, onże burdy wszczynał?
   Nie wiem, zali też nie ulegamy w ocenie jej kwestii pewnej przyprawionej "gębie", która każe nam się doszukiwać nieledwie deklaracyj światopoglądowych tam, gdzie po prostu mamy do czynienia z bardzo celną obserwacją stanu ówcześnie rzeczywistego, a i może, nabranym z wiekiem i doświadczeniem, zdrowym sceptycyzmem wobec wszystkich mód przemijających, z chłopomanią na czele...
   Nic w dramacie, czy filmie nie sugeruje, że to też intelektualistka. Ot, zda się mieszczka jaka, zadufana sielnie w sobie i tyle... A to przecie autorka licznych powieści i opowiadań historycznych, głównie młodemu pokoleniu przeznaczoną, z których dwie aż powieści, czyli "Historia żółtej ciżemki" i "Paziowie króla Zygmunta" przetrwały i do naszych czasów w świadomości powszechnej, nawet i doczekując się ekranizacyj filmowych, czego Fortuna jakoś poskąpiła wielu inszym pisarzom, skazując ich na zapomnienie po sławie ledwo jedno pokolenie liczącej, jako Henryka Rzewuskiego, Teodora Tomasza Jeża (Zygmunta Miłkowskiego), Feliksa Bernatowicza, Józefa Weyssenhoffa, Wacława Berenta czy z bliższych nam czasów Karola Bunscha i Teodora Parnickiego... 
   Była żoną lekarza Stanisława Domańskiego, który łączył swą karierę naukową (profesor UJ, liczne prace z zakresu neurologii, prezes Towarzystwa Lekarskiego Krakowskiego) z działalnością społeczną jako radny miejski. A na tym drugim polu naprawdę miał się czym pochwalić i może to stąd pani Antonina wolała się tytułować Radczynią, miast przysługującego jej również tytułu "profesorowej". To za jego kadencyj (łącznie 35 lat!) i jego to niemałym staraniem się Kraków dorobił pierwszego zakładu dezynfekcyjnego, rzeźni miejskiej z prawdziwego zdarzenia w miejsce jatek, gdzie Higiena nie zaglądała, a Zdrowie padło trupem na progu... Takoż chłodnia, poczęte de novo**** wodociągi miejskie, elektrownia i szalety...  Byłożby naddanem mniemanie, że go w tych dziełach małżonka wspierała? Że się w domu może i co gwarzyło o tem, jako i o inszych grodowi rzeczach koniecznych, by się prawdziwie europejskim mienić? 
   Aliści to przecie nie wszytkie zasługi PP.Domańskich... Oto oni właśnie poczęli długotrwałą i w sumie wielce szlachetną modę na ozdabianie ścian obrazami twórców krajowych, z któremi się przyjaźnili nieraz i ów nałóg, który z czasem u inszych naśladowców wejdzie i może w snobizm, był w istocie mecenatem skrytym. I któż wie, czy nie dzięki temu groszowi, co go dostawali za dzieła wiszące w mieszkaniu doktora-radnego i Radczyni przy Szczepańskiej ulicy, Malczewski, Stanisławski, Mehoffer, Tetmajer, Tondos i wielu, wielu innych, może i który przetrwał właśnie jakie najtrudniejsze chwile...? Włącznie z Wyspiańskim, co się później tak swej miłośniczce wywdzięczył...

____________________
* (Obrona Leppera,Giertycha,Gosiewskiego)

*** - przepysznej ongi noty siostrom Pareńskim poświęcił Torlin, jednak na obecnem Jego blogu żem jej nie nalazł, a link do dawniejszego już tylko na manowce Interii wiedzie.
**** - piszę: de novo, bo miał Kraków dawniejszego urządzenia wodę niezgorszą do miasta dostarczającego, zwanego Rurmusem, który działał od średniowiecza, rozprowadzając wody do studzien w mieście, a który tylko raz (za najazdem Maksymiliana Habsburga, oblegającego miasto w 1587 roku) uszkodzonym został, za to za bytnością licznej delegacji szwedzkiej w roku 1655 zniszczonym został na amen...

04 lutego, 2018

O "państwie" puckim

   Rzecz cała jak najbardziej w korelacyi będzie z notami nie tak dawnemi  (III), gdzieśmy się skarbem w Nogacie rzekomo utopionym zajmowali, ale za sposobnością żeśmy i co nieco wojny naszej z Zakonem trzynastoletniej odmalowali, której to wojny dziś inszą wystawimy odsłonę. Takoż, jako i komu by miło może było do cyklu o zbrodni gąsawskiej, jej reperkusjach i zmarnotrawionych przez tę zbrodnię możnościach, sięgnąć, to tam III, IIInajdzie pierwocin duńskiego Estonią zainteresowania, które w dzisiejszych naszych sprawach, sielnie ważyć będzie...
   Dunom z niejakiego czasu przyszło się kontentować tak naprawdę niemieckiemi wyrobami królopodobnemi, nic pospólnego z jakimi po Wikingach pozostałościami nie mającemi, dodatkiem w oszczędnościowej wersji, gdzie jeden król na trzy królestwa musiał nastarczyć* :) Po prawdzie z nienajgorszym nawet skutkiem...
  Aliści gdy Krzysztof Bawarski był pomarł w Roku Pańskim 1448, stanęły Duny przed nie dość, że turbacyją z króla nowego obiorem, to jeszczeć z problemem wdowy po Krzysztofie, Dorocie Brandenburskiej, która piętnastolatką będąc, króla duńskiego zaślubiała, niemałego w to matrimonium wnosząc majątku, który ninie w rozlicznych dobrach był ulokowanym i spłacenie królowej, gdyby tronu miała pożegnać, mogłoby zawalić finanse królestwa... A że dziewuszka ledwo trzy lata się nacieszyła stanem małżeńskim, to i na matrymonialnym rynku Europy wciąż była partią jedną z najlepszych.
  Raili jej nawet naszego Kaźmirza Jagiellończyka i pozornie nawet byłożby to i może stadło więcej reprezentacyjne, niźli owo z Elżbietą rakuską, opisane przeze mnie w nocie "O urodzie królewskiej", jeno że poza może urodą Elżbieta, przyszła "matka królów"(Władysława Jagiellończyka, króla czesko-madziarskiego, naszych: Aleksandra, Jana Olbrachta i Zygmunta Starego), moc miała walorów inszych, zaś nieprzesadnie uprzejma, paranoicznie skąpa dewotka z Danii może by jeno nam co skarbu poratowała, bo w tem talentów miała prawdziwie niemałych...
   Praktyczni Dunowie umyślili oba problemy swoje połączyć i rozwiązać za jednem pieczeni warzeniem: króla nowego, Christiana, pierwszego z Oldenburgów, obrawszy, onemu Doroty na żonę narzucili, jeno że król nowy się nie spodobał ani w Norwegii, ani tem więcej we Szwecyi, gdzie już za Eryka Pomorskiego, nieprzesadnie udałego władcy z naszych Gryfitów pomorskich się wiodącego, przyszło do buntów i powołania niejakiego Karola Knutssona Bonde na regenta królestwa szwedzkiego, nim jakiego króla sami sobie nie obiorą. Krzysztof Bawarski tych swarów zażegnał i na czas jego żywota unia została przywróconą, aliści onże Karol, jako nastać miał Christian, poderwał swoich do buntu de novo i, wypowiedziawszy Duńczykom posłuszeństwa, objął we Szwecyi władztwa jako Karol VIII, zasię w rok później takoż i w Norwegii.  
   Nibyż doszło pomiędzy niemi do zgody, gdzie Karol Christianowi postąpił był Norwegii w zamian za uznanie onego praw do szwedzkiego władztwa, aliści wrychle po tem porozumieniu z Halmstadt, Karol i tak zaatakował Skanii, ówcześnie do Danii należącej. Ano i jak się wzięli za łby, to przez pięć lat jeden nie umiał przemóc drugiego, nareście Anno Domini 1457 Fortuna pobłogosławiła Christianowi i Karol musiał się ucieczką salwować. I tu się dla nas poczyna część opowieści nas jak najbardziej się tycząca, bo ów dał drapaka do... Gdańska, nie przepominając jednak o zabraniu sum niemałych ze skarbca królewskiego.
   Wikipedyczna notka o Karolu błędnie podaje, że ów, w zamian za pożyczkę 15 tysięcy marek pruskich, miał od Kazimierza Jagiellończyka otrzymać w zastaw Puck z przyległościami. W rzeczywistości ziemią tą Gdańsk władał i tenże gród, owej pożyczki od Karola przyjąwszy, onemu wypuścił tegoż Pucka w zastaw, spisując po temu nawet wielce szczegółowej umowy. Dzięki temu wiemy, że miałoż to państewko wszytkiego 980 kilometrów kwadratowych na nasze rachując i że wchodziły w jego skład: Łeba, Prusewo, Nadole, Rybno, Robakowo, Luzino, Szemud, Reda, Rumia i maleńka rybacka wioska, ówcześnie zowąca się Gdingen**:) Wyłączono z tegoż władztwa Helu, bo Gdańskowi sielnie zależało na podatkach i rybach od tamtejszych rybaków... Zgodnie z tą umową miał Karol prawo władać na tem terenie, wybierać podatków, utrzymywać wojska, a jeśli chciał, to i jakich przywilejów nadawać tym miejscowościom***, których Gdańsk zobowiązywał się honorować po powrocie tych ziem w jego władanie, czyli, gdy owe 15 tysięcy marek pożyczone nareście spłaci, no co się, póki co, nie zanosiło, bo wojna z Zakonem niczem gąbka wody, każdej spijała gotowizny...:(
   Karolowi, między inszemi, swego władztwa zaletami, okrutnie Łeba spasowała, a to dla tej przyczyny, że tameczni się ongi z największymi piratami na Bałtyku,  Braćmi Witalijskimi , związali i owe niedobitki sierot po Witalijczykach okrutnie się Karolowi przydały, jako załóg werbował dla kaperskiej przeciw Christianowi i Duńczykom roboty. Christianowi znów pasowało się w wojnę Zakonu z królem polskim i Związkiem Pruskim zaangażować, by raz Polski nad Bałtyk nie dopuścić, bo wówczas mieliby Dunowie problem niemały z kolejnym silnym konkurentem do dzielenia się handlem bałtyckim, osobliwie, że już im z dawna Gdańsk bruździł, tandem ichnia logika ich automatycznie ustawiała jako krzyżackiego alianta... Tertio, że mięli owi oskomę na swoją dawniejszą Estonię, ninie we władztwie Kawalerów Inflanckich, której liczyli,  że pozyszczą jako dowód krzyżackiej wdzięczności za salwerunek, no i quarto, jako może małą wisienkę na torcie, gdyby się pofortunniło onego uprzykrzonego Karola szwedzkiego, a obecnie pana na Pucku, pognębić, a najlepiej i ubić może...
   Temi, którzy mieli Karolowi najwięcej krwie napsuć i naszkodzić, pokazali się sami mieszczanie puccy, którym nie w smak było, że nowy ich pan zamku restauruje, a właściwie buduje de novo, ergo będzie im twardą stopą siedzieć na karku, mając ich w zasięgu dział swoich. Nawet się posuwali do jawnego sabotażu, niszcząc palisady wznoszone i prowokując list od króla, w którym ich Jagiellończyk napominał i wzywał do posłuszeństwa wobec Knutssona, aliści owi dopuścili się koniec końców jawnej zdrady i, bramy Krzyżakom otworzywszy, dopuścili to tego, że ci Pucka w połowie października 1460 roku przejęli, kończąc de facto krótkotrwałe dzieje puckiego państewka szwedzkiego pretendenta, jednakowoż nie koniec Gdańska z oną sprawą kłopotów...
   Knutsson czeguś nie starał się o to, by Pucka odzyszczeć, więcej zajęty tem, że w Gdańsku siedząc, skupiał wkoło siebie szwedzkich egzulantów**** i z oddali spiskami we Szwecyi sterował, co naturaliter wzburzało Christiana okrutnie i ten gęsto słał pisma ze skargami do Gdańska, a i co gorzej: do Hanzy, której przecie Gdańsk był członkiem. Gdy tem niewiele wskórał, począł słać i morderzów, mających Karolusa ubić (jednego pochwyconego nawet i na Długim Targu stracono publicznie). Miał widać Knutsson jakich ze Szwecyi wieści, których widział dla się pomyślnemi, bo nawet jako latem 1464 gdańszczany na tyle zmocniały, że poczęły Pucka dobywać, to ów tej akcji nie wspierał, choć mógł, a właściwie to i powinien. Sierpniem tegoż roku załadował swój "dwór" i stronników na korabiów kilka i ruszył ku Szwecyi z zamiarem wznowienia tam wojny przeciw Christianowi.  Wojował tam z niewielkim szczęściem, aż do śmierci w 1470, która znakomicie rozwiązała problemy Christianowi, ale nie Gdańszczanom, bo Knutsson przed śmiercią przekazał swoich rzekomych praw do Pucka jednemu ze stronników, po którym "dziedziczyć" ich poczęła magnacka familja Gyllenstiernów, co i rusz domagająca się już to zwrotu pieniędzy, już to Pucka.
   Król i Gdańsk tutaj występujący pospołu, zawżdy na te roszczenia odpowiadali, na nasze prawo zwyczajowe się powołując, podług którego zastaw przepadał, jeśli dzierżący go dopuścił do onego utraty bądź zniszczenia, ergo tak Gdańszczany, jako i Rzeczpospolita uważały się za zwolnionych od konieczności onej pożyczki spłaty. Ano i tak szły sobie te sprawy, aż był nastał Karol XII, wojennik tęgi, który nam tutaj się w wojnę z Piotrem Wielkim i Augustem Mocnym wdał i ziem rujnował naszych, dopokąd go car pod Połtawą w 1709 nie pobił. Aliści przódzi, w 1703 roku, w apogeum swej siły i władztwa w Polszcze, zażądał od Gdańska spłaty onych pieniędzy, rzekomym imieniem Gyllenstiernów i obrachowawszy procentów za 246 lat, określił wysokość onej na 143 tysiące złotych, summę na owe czasy astronomiczną, którą Gdańsk, jęcząc i płacząc, nolens volens, zapłacił, pod groźbą zniszczenia swoich poza murami posiadłości. Gyllenstiernowie, ma się rozumieć, nie obaczyli z tego nawet półzłotka, wszystko poszło na Karolusowe wojny... Czego pamiętać upraszam i doliczyć, jako będziem Szwedowi rachunku za "Potop" wystawiać... Z odsetkami, ma się rozumieć...
 __________________
* - unia kalmarska    
** - wszystkich niemal tych miejscowości żem zlokalizował w czworokącie między Łebą, Lęborkiem, Gdynią i Władysławowem, z tem że owe Rybno, to zapewne dzisiejszy Rybnik wpodle Lęborka, a Robakowo zda mi się być mianem przekręconym, gdzie pewnie jakie Rybakowo byłoby właściwszem i znacznie bardziej na tem terenie naturalnym, alem tego akurat umiejscowić nie poradził...
***- wiemy o co najmniej jednym takim, wystawionym na rzecz wsi Tupadła, ninie się w obręb Władysławowa liczącej
****- wygnańców

28 stycznia, 2018

W kręgu skarbów kolejnych...

 której to themy żeśmy się dotknęli za sprawą grosza na przekupienie zaciężnych w Malborku (I, II) dotknęli, a by w klimacie pozostać, do Adama Sikorskiego się odwołam i analiz jego względem być może mitycznego skarbu zdobytego przez powstańczy oddział Zygmunta Chmieleńskiego w Janowie 6 lipca Anno Domini 1863:
http://nowahistoria.interia.pl/drogi-do-wolnosci/news-raport-numer-172-gdzie-ukryto-skarb-powstancow-z-1863-roku-1,nId,1408284

21 stycznia, 2018

Cytat miesiąca...

...a ściślej: cytaty... przyznaję, że cokolwiek obszerne:) Z przedmowy autorskiej Jarosława Molendy do Jego "Historii używek":
  " Nie ma i nie było takiej epoki lub kultury* [*- Oprócz Innuitów, bo w ich zasięgu nie rośnie nic, co mogliby wykorzystać- przypis autorski], która nie przeznaczałaby ogromnej ilości energii na produkcję, dystrybucję i konsumpcję roślin psychoaktywnych. Również jedną z charakterystycznych cech współczesnych cywilizacji jest ogromne zapotrzebowanie na wszelkie środki stymulujące, podniecające i narkotyczne[...] 
   Wzrastający popyt na używki niesie wiele problemów ekonomicznych, społecznych i zdrowotnych, obserwujemy to na przykład w związku z nadużywaniem tytoniu. Sięganie po środki stymulujące nie jest jednak cechą człowieka wysoko rozwiniętej cywilizacji, zagonionego i często zagubionego w otaczającej rzeczywistości. Jest to właściwość zapewne nierozerwalnie związana z samą istotą "człowieczeństwa", z samoświadomością i chęcią ucieczki przed nią.[podkr.moje - Wachm]
[...]Poszukiwanie nowych smaków i nieznanych jeszcze przyjemności w ogromnym stopniu napędzało naszą historię. Pęd do zdobywania różnych nowych specjałów kulinarnych, przywożonych przez podróżników, w pewnym stopniu** doprowadził do powstania nowych szlaków handlowych, kolonializmu, a współcześnie do odrodzenia się niewolnictwa w jego zinstytucjonalizowanej formie.
[...]Społeczeństwo po cichu zachęca nas do pewnych zachowań, które odpowiadają konkretnym uczuciom, wymusza też spożywanie pewnych substancji sprzyjających rozwojowi powszechnie akceptowanych zachowań. Spożywając jedne pokarmy, czujemy się szczęśliwi, inne wywołują w nas senność, podczas gdy jeszcze inne sprawiają, że wzrasta nasza czujność. W zależności od tego, co jemy, możemy być jowialni, podenerwowani, podnieceni lub zestresowani.
[...] Każde pokolenie potrzebuje jakichś środków chemicznych, by radzić sobie z życiowymi problemami: trzeźwość nie jest dla istoty ludzkiej stanem łatwym do zniesienia.
[...] Obecnie wydajemy na napoje alkoholowe czy papierosy więcej niż na szkolnictwo. Pomimo dowodów wiążących papierosy z rakiem płuc, praktycznie wszyscy uważają palenie tytoniu za niewiele mniej naturalne niż jedzenie. Wiedza na temat szkodliwości papierosów zazwyczaj nie wystarcza, by ktoś przestał albo nie zaczął palić. Wręcz przeciwnie: świadomość, że papieros szkodzi, jest chyba absolutnie koniecznym warunkiem popadnięcia w nałóg i umocnienia się w nim. Richard Klein w przewrotnym eseju "Papierosy są boskie" upiera się wręcz przy tezie, że paliłoby niewielu, gdyby papierosy były dobre dla zdrowia[...] Z punktu widzenia pragmatycznego racjonalisty może się to wydawać dziwne, ale historyk wcale się temu nie dziwi. Silne przekonanie o fizycznej rzeczywistości Piekła nigdy nie odwiodło średniowiecznych chrześcijan od robienia tego, co nakazywały im ambicja, żądza czy chciwość..."
__________________________________________
** - "w pewnym" ? Podług Wachmistrza: przede wszystkiem...

14 stycznia, 2018

Do sprawy "złotego czółna" uwag Wachmistrzowych kilka...

Dobra to sposobność, by niedowiarstwo moje tą właśnie historią, w nocie uprzedniej opisanej,  zilustrować. Oto ludzie czytają tąż samą relacyję za „Geschichte von wegen eines Bundes” anonimowego XV-wiecznego kronikarza przytoczoną, zasię przez W. Długokęckiego opracowanej i omówionej w artykule "Misja Hinka z Ledecza. Przyczynek do sprzedaży Malborka przez zaciężnych w czasie wojny trzynastoletniej" i czytają to, co tam napisane, czyli " że w sobotę przed świętem narodzin Najświętszej Marii Panny, to znaczy 4 IX, między 5 a 6 rano przybyły do Malborka z Torunia dwie łodzie. W jednej znajdował się Hinko z Ledecza, kuzyn Oldrzycha Czerwonki, którego tenże miał wysłać po odbiór pieniędzy. Doszło do zderzenia łodzi z przęsłem zniszczonego mostu na Nogacie naprzeciw Malborka, w wyniku czego łódź się przewróciła, a Hinko z sześcioma ludźmi utopił się. Przepadły także pieniądze. Oldrzych Czerwonka nakazał poszukiwania, ale niczego nie znaleziono. Dopiero dwa lata później, gdy zamek był w rękach króla polskiego, chłopi z Żuław znaleźli ciało Hinki i pieniądze. Nie zatrzymali pieniędzy, ale zwrócili je Oldrzychowi Czerwonce i Andrzejowi Gewaltowi, jednemu z ważniejszych rotmistrzów" *.
   Ja zaś, tegoż samego przecie czytając, z punktu znajduję tu mnóstwo niejasności i powodów do wątpień kolejnych... Ano i teraz popróbuję ja Lectorom Miłym tegoż mojego myślenia pokrótce wyłożyć. Pierwsza tu rzecz to ów grosz, przez Hinka wieziony, którego być miało 25 tysięcy guldenów węgierskich, aliści dodaje autor, że w walucie pruskiej, czyli miejscowej. Przywoływałem w nocie uprzedniej takiego guldena, a ściślej florena i ów, w swej złotej wersji, ważył jakie 3,5 grama złota. 25 tysięcy takich monet waży już 82,5 kilograma i to już nie jest parę mieszków, jeno rzemykiem zaciągniętych, ale co najmniej skrzynia tęga, a najpewniej dwie, bo jednej takiej by nieść musiało ludzi ze czterech, albo dwóch, co parę kroków przystając... Jeśli to jeszcze w zamiennikach śrybnych, czy i miedzianych, a najpewniej tak właśnie było, znając, ze skrobano tego pieniądza skądkolwiek i jakiegokolwiek się dało, to rośnie nam ilość tych monet, a i waga całości. 
   Myślę, że bez ryzyka jakiego błędu dużego, możem śmiało przyjąć najmniej dwie tęgie jakie skrzynie z zawartością samą bliską stu kilogramom, a i same pewnie jeszcze najmniej dziesięć same ważyć będą. To już nie jest ładunek na czółno, takie jakim je sobie pierwotkiem wyobrażałem, przydawszy jeszcze i owych sześciu ludzi (rozumiem, że Hinko był siódmym), którzy jeśli być mieli ochroną, to każdy miał na sobie, za pasem i przy pasie żelastwa niemało, a jeszcze i pewnie czego pod ręką.
Summa summarum rachuję ja siedmiu tych potopionych, każdego po najmniej sto kilogramów kolejnych (pomimo tego, że owi z pewnością drobniejsi i szczuplejsi, niźli my dziś) plus owe 110-120 kilogramów cennego ładunku. Do tego jakie zapasy na drogę dla onych ludzi, boć to przecie trasa po Nogacie i Wiśle jakie dwieście kilometrów licząca, z czego jeno dziesiąta część to Nogat. A skoro płynęli najpierw Nogatem z nurtem, zasię Wisłą pod prąd, a wracali odwrotnie, to dni parę zejść im na tym musiało**, czego trudno przypuścić, by czynili na głodno i o suchym pysku...
  Robi się z tego zatem jakie 850-900 kilogramów do udźwignięcia przez ową łódź i wygląda na to, że z pewnością nie było to czółno. Raczej bym tego widział  bliższego jakiemu lichtanowi, korabiowi czy i szkucie małej, choć jeno rozmiarem w podobie tego, co ostatnio jacy zapaleńcy zwodowali w Porcie Czerniakowskim i ochrzcili "Darem Mazowsza". Owi to nazywają szkutą, a szkuty przecie brały i po 50-54 łaszty zboża (z górą 100 ton!), zatem tejże jednostki raczej bym widział bliższej jakiemu prymitywnemu jachtowi, niźli statkowi towarowemu. I z całą pewnością łódź Hinki mieć nie mogła niczego, co moglibyśmy uznać za kabinę, czy zamkniętą ładownię. 
   Czemu ? Ano bo nam przecie napisał kronikarz, że łódź się przewróciła, a nie że zatonęła, zatem wypadło z niej wszystko co było na pokładzie luźne i nie przywiązane nijak, w tem i złoto. Gdyby była jaka kabina, czy zamykana ładownia, skrzynie przecie by do nich schowano, już choćby po to, by ich nie musieć ustawicznie mieć na postojach na oku. Insza, że jeśli tych skrzyń nie przywiązano, to nie najlepiej to o roztropności Hinki świadczy...
   Z punktu się tutaj kolejne rodzą pytania; co z wioślarzami i czemu nie podróżowano lądem? Jeśli o to drugie idzie, to widać Czerwonka rozważył plusy i minusy i uznał, że możność przejazdu grupki konnych drogą prostą jak z bicza strzelił i krótszą od wiślanej od kilkadziesiąt kilometrów, nie rekompensuje zapewne bezpieczeństwa transportu, osobliwie w czasie wojennym, gdzie nie jeno z wojskiem, ale i z jakiemi grasantami przyszłoby się liczyć po drodze. Choć podróż pewnie by ledwo tydzień w obie strony zajęła... Jeśli o wioślarzy idzie, to nic o nich nie wiemy, aliści jeśli przyjąć, że owych sześciu i do wioseł się brało, a Hinko przy sterze siedział, to w praktyce to żadna dla ładunku ochrona, bo gdyby przyszło co do czego, to zanim by owi od tych wioseł wstali i po cokolwiek sięgnęli, byłoby najpewniej po harapie... Ochrony ja miarkuję, że to najmniej ze dwóch czas cały oba brzegi miało w baczeniu, a kuszę w dłoni, a znów jeśli nie masz wioślarzy inszych, to znaczyć by musiało, że płynęli na dwie pary wioseł, czyli wolniej nawet, niż zakładałem pierwotkiem. Pewno, że coś w rodzaju mikroszkuty mieć mogło i masztu z żaglem i czasem się nim posiłkować, jeśli wiatr akuratnie sprzyjał, ale z pewnością  nie mógł być to napęd łodzi główny.
   Jest i możliwe,  że byli wioślarze odrębni, już nie z zaciężnych, a z miejscowych włościan, czy i rybaków najęci. To by znaczyło i znów ciężar większy, zapasów więcej, ergo i łódź całkiem sporą. Nie wymieniał ich między potopionymi autor kroniki, bo albo dlań nie byli istotnymi, albo też owi, nie przytłoczeni orężem, kolczugami, hełmami etc.etc, wcale się nie potopili. Pewno, że powszechność sztuki pływackiej ówcześnie była rzadką i nie umieli tego nawet marynarze w znakomitej większości, aliści owi mogli być z rzeką za pan brat i nieraz już przewrócenia łodzi doświadczając, znali, że starczy się owej łodzi przewróconej złapać, boć ona przecie nie utonie.  Natenczas jednak miejsce zderzenia byłoby znakomicie znanem. Jest tu jeszcze arcydziwna rola drugiej łodzi, w opisie wspominanej. Na cóż ona, skoro cały ładunek i zapewne cała ochrona na pierwszej siedziała? 
   Jako ratunkowa? To by znaczyło, że Hinko się z wypadkiem liczył i jeśli ładunku mimo to nie umocował, to w rzeczy samej musiał być nieprzesadnie bystrym. Być też i może, że go Czerwonka wybierał dla pokrewieństwa i związanej z tym wiary, że to człek zaufany, a nie dla bystrości, co się zemściło okrutnie. Rozumiem, że ta łódź wtóra być musiała znakomicie mniejszą, inaczej sam rozum dyktuje, by ładunku dla bezpieczeństwa podzielić. Chyba, że się tej drugiej obsadzie nie ufa...
   Jeśli zatem nie była owa czymś na kształt pomocniczej szalupy, to jakaż jej rola? Zwiadowcza? Chyba też nie, czego najlepszy dowód, że nie płynęli przodem i nie oni się na te podwodne resztki mostu nadziali, tylko łódź pryncypalna. Zatem na cóż ona tam i ludzie na niej byli potrzebni?
   Ano i tutaj Wam rzekę kilku teoryj mojch, z których nie wiem, która więcej by się może zdawała prawdziwą, choć wszystkie, podług mnie, więcej się kupy trzymają, niźli ta wersja oficjalna.
   Pierwsza, że to nie zadatek był dla całego zaciężnego żołnierstwa, a jeno grosz sekretnie dla Czerwonki słany, czyli mówiąc brutalnie: łapówka. Nie pierwsza zresztą i nie ostatnia... Tęższe od mojej głowy już tego domniemywały, że musiał być Imć Oldrzich na królewskiej sekretnej pensyi, bo niejednokrotnie w ciągu tego roku, gdy pertraktacje szły i grosz był zbierany, torpedował ów insze krzyżackie starania, by do ugody dojść. Pewno, że to idzie wciąż jeszcze tłomaczyć, że mimo iż na stole leżała lepsza od polskiej oferta, ale oferent czeguś niewiarygodny, bo już łgał tyle razy, że mu dowierzać nie sposób i że lepszy wróbel w garści, niźli cietrzew na sęku. Wiemy też, dzięki Długokęckiemu, że w maju 1456 padła w rokowaniach myśl, by okrom summy dla zaciężnych wspólnej, osobno jeszcze płacić Szumborskiego i Czerwonkę, przy czym ten pierwszy miał dostać 19 tysięcy guldenów, a ten drugi siedem i pół, co nawiasem znakomicie oddaje wartość tak jednego, jak i drugiego z najemniczych wodzów. Potem już tego nie masz konceptu, aliści gdzieś tam jednak Gdańsk wypłaca onemu w połowie czerwca 400 florenów, a do 24 lipca jeszcze 1 600. I wówczas misja Hinki się jawi jeszczeć i więcej sekretną, bo nie tylko o bezpieczeństwo ładunku idzie, ale i o tym, by się o tem nie wywiedzieli podkomendni pana Oldrzicha insi. Przeczy temu przecie to, że post factum Czerwonka nie nabrał wody w gębę, jako powinien byłby może uczynić, a oficjalnie nad stratą lamentował, a i nawet do Gdańska pisał, by mu przysłali jakiego fachowca, co by umiał ładunku pod wodą naleźć i wydobyć.
   Ale jeśli te łzy czemu inszemu służyć miały? Jeśli iście na łodzi było tylko owych siedmiu z Hinką, w rzecz wtajemniczonych, którzy łodzi przewrócili, narobili plusku i wrzawy, zasię cichcem ze skrzyniami na tej drugiej łodzi zemknęli?  Luboż owa łódź płynęła daleko z tyłu, nibyż jako ubezpieczenie, a tak po prawdzie to na to, by świadkowie zdarzenia byli nibyż naoczni, ale w sumie tacy, co nie nadto wiele widzieli. Przemawia mi za tym i pora onej katastrofy i miejsce naprzeciw Malborka. Piąta-szósta poranna godzina, nawiasem sugerująca, że owi płynęli i w nocy, już bez popasów, najpewniej rzeka spowita jaką poranną mgłą w całości lub choćby jeno kłębami, raz rzadszymi, raz gęstsztmi, ale przecie wciąż w zasięgu głosu i choć częścią widoczna z zamkowych murów. Mogli przecie owi przybić w tej mgle sekretnie do brzegu, wyładować czego trzeba i zemknąć na koniach przez wspólnika doprowadzonych, a łodzią na nurt wróciło ze dwóch umiejących pływać, co narobili wrzasku, hałasu, przewrócili łódź i takoż cichcem zemknęli... 
   Być i może, że sam Czerwonka na oną "tragedię" z murów patrzył... Być i może, że nie nazbyt temu, co "widział", dowierzał, stąd i owo do gdańszczan pisanie. Ale i na użytek własnych podkomendnych, którym wolał pokazać, że w wersję katastrofy wierzy, niźli podsuwać pomysł, że można Oldrzicha Jegomości bezkarnie oszwabić i okraść, nawet i bliskim krewnym onego będąc... W tej (i w drugiej jeszcze) wersji kupy się trzyma to, że ponoś we dwa lata później miejscowi kmiotkowie ładunku znaleźli i wydobyli, z ciałem Hinki pospołu. Ano potwierdzałoby to skrzynie, dodatkiem najmniej żeleźne, nie drewniane, skoro po dwóch latach nadal były w kupie i ładunku można było w całości wydobyć. Nie bardzo jednak wierę ja w ową całość Czerwonce przekazaną. Jeśli to on tych poszukiwań zorganizował i stał kmiotkom nieledwie nad głową, to tylko wówczas chyba można by było być efektu pewnym. Z tekstu jednak wynikałoby chyba raczej, że znaleźli sami, może przypadkiem, może skutkiem jakiej sieci rybackiej o coś zahaczonej, w każdym razie decyzja przekazania skarbu Czerwonce i rotmistrzowi Gewaltowi byłaby rzeczą wtórną.  
   Ale jeśli żadnych poszukiwań na dnie Nogatu nie było, tylko Czerwonki tropiciele wreszcie gdzie dopadli ukrywającego się Hińczę, onego ubili i ciało do Malborka przywieźli wraz ze skarbem, przódzi gdzie onych namoczywszy, by pozór z rzeki wydobytych czyniły ? 
   I podobna może, choć odwrotnie uknuta intryga... Że to Czerwonki ludzie na tej wtórej łodzi siedzieli, nibyż dla wzmocnienia ochrony przydani, atoli to owi, w owej mgle przed samym podróży finałem, wystrzelali z kusz załogi Hinkowej, a woda skryła ciała i dowody zbrodni? A grosz, pierwotkiem dla siebie jeno i współsprawców  przez Czerwonkę zamierzony, w dla lata później tylko ujawniony, nibyż jako świeżo wydobyty, przecie w cyrkumstancyjach zupełnie inszych, gdzie w Malborka załodze niemal już nie masz tych zaciężnych, co by się o prawdę i równy udział upomnieli? I całość niemal, okrom ochłapów dla zatkania gąb kilkunastu, idzie dla pana starosty królewskiego w Malborku, Imci Oldrzicha Czerwonki?

_____________________________
* [w: Biskupi, lennicy, żeglarze, pod red. B. Śliwińskiego (Gdańskie Studia z Dziejów Średniowiecza, Nr 9), Gdańsk 2003, s. 363-367.] 
** - ostawię to zdolniejszym ode mnie, ale skoro prędkość średnia Wisły to jakie 3,2 km/h, to na wiosłach mogli, sądzę, płynąć z prędkością jakich pięciu kilometrów na godzinę z nurtem, ale przeciw niemu, to chyba najwyżej dwa ? Z czego znów by wychodziła droga z Malborka do Torunia na jakie dziewięćdziesiąt do stu godzin czystego wiosłowania, czyli dni w trasie, z postojami i noclegami licząc, z dziesięć... Plus z jakie pięć z powrotem...

09 stycznia, 2018

O przenosinach Wachmistrzowych, które jako to u Wachmistrza zwyczajnie, być nie mogą, jako u inszych, normalne...

  Przenosinach, ma się rozumieć, blogowych, które u Wachmistrza odbyły się cokolwiek na zasadzie "chłop śpi, a w polu mu rośnie". Jako Bywalcom wiedzieć moja w tem względzie potrzeba tyczyła się zaszłości moich, czyli bloga będącego poprzednikiem tego, a poczętego w czerwcu* 2009 i trwającego do wiosny 2012, kiedy to onet wykonał próbę generalną przed dzisiejszymi eksmisjami, wtedy jednak ograniczając się do gremialnego dręczenia blogerów niemożnością jakichkolwiek działań, najwidniej w nadziei, że wyniosą się sami. No cóż, ja tam zawżdy żem był tego zdania, że gdzie Cię nie proszą, tam kijem wynoszą i wolałem wyjść sam... Ale niebożątko zostało i teraz pospołu z inszymi przyszło się wpodle niego starać, by przenieść. 
   Przyznać się przyjdzie, że jakem się wyniósł był, tom postanowił trzech zaraz blogów założyć: niniejszego na Bloggerze, wtórego na bloxie i trzeciego na Łotrpressie właśnie, w naiwności swej zamiarując owych prowadzić czas jaki równolegle, zasię dwa porzucić, a skupić się na tym, który najwięcej się będzie zdawał obiecującym i, co nie najmniej ważne przez wzgląd na nikłe umiejętności moje, najłacniej w niem się poruszać mi przyjdzie. Po prawdzie to oleju do łba wróciło po tygodniu ze świadomością, że przecie nie poradzę, tandem owe porzucenie odbyło się w trybie zgoła extraordynaryjnie szybkim i tak skutecznym, że o istnieniu owych dwóch sierot żem niemal skutecznie zapomniał. Ściślej rzecz biorąc nie zapomnieć nie dozwalało mi każdorazowe komentowanie u Torlina i Celta, którzy blogów z dawna mieli na Łotrpressie i mię tam za każdym razem widziało jako "wachmistrzanadwachmistrze", co miało być w moim ówcześnym zamyśle dowcipnym wybrnięciem z patowej sytuacji, gdzie mi się Łotrpress w 2012 roku upierał, że jakiś Wachmistrz już jest i ja być nim nie mogę, a poniżej honoru mego było się pisać Wachmistrz2 albo 3, czy choćby i 44...
   Ano i tak szły rzeczy latami, nareście onet sobie o niechcianych blogerach przypomniał i terminu eksmisji bez prawa apelacji naznaczył, tandem, nolens volens, przyszło i samemu manatki pakować, nie tyle przez wzgląd na teksty, które w najcelniejszych częściach z dawna już funkcjonują tutaj, czy na Kneziowisku, co na pamięć komentatorów moich dawnych, między któremi już pewnie tylko matuzalemy w rodzaju Vulpiana pamiętać będą nie tylko wspominaną tu niedawno Babkę z Gdyni, ale i nieodżałowango Maćka zwanego Siwym, legendarnego Cypryjana de Vaxo, xiężnej Constancji czy inszych, których nie wymieniam nie z braku uważania, jeno dla memoryi braku...
   Ano tom i poczynił był jako insi, zapisałem plik ze starym blogiem pierwotkiem na dysku, podług instrukcyj wszelakich, po czym zaczęły się schody...  Łotrpress ostrzega że jeno pliki do 15 MB przyjmuje, alem ja nie bacząc na to,  począł swoich 25 mu wciskać w naiwnej wierze, że wprawdzie bez synowca na czele, ale jakoś to będzie... Zbrojny w Vulpianowy opis własnych w tej mierze dokonań odczekałem dwudziestu czterech godzin, w trakcie których nic widocznego się nie działo i nie stało, zatem przyszedłem ku konkluzyi (sam, bo Łotrpress uwiadamiać nie raczy), że się rzecz nie powiodła, czemu się i dziwić trudno, skorom się pchał ze słoniem we wrótnie dla koni...
   Porzuciłem zatem wszelką nadzieję i żem się począł po przyjaciołach i poradach rozglądać, z których co i rusz kolejna większego przerażenia budziła, osobliwie, że to jeszcze najsampierw było trzeba z informatyckiego przełożyć na ludzką mowę. Ano i tak sobie kombinowałem, przemyśliwałem (a u nienawykłego to wcale znów nie tak prosto i chyżo), a czas, ladaco, płynął... 
   Aliści dnia wczorajszego unieruchomiony na gościńcu na nieledwie godzinę, podczas której policmajstry i strażaki wydłubywały z automobilu resztek pewnego eksperymentatora, który badał, czy da się w biały dzień, przy zaledwie odrobinie śniegu postawić na środku Opolskiej ulicy (jedna z głównych arterii Miasta Królów Polskich) Opla Astrę na dachu i to tak, by nim za jednym zamachem wszystkie trzy zablokować pasy i i stworzyć korka z kosmosu widocznego (odpowiedź prawidłowa, choć zdałoby się, że niewiarygodna: da się!), począłem na telefonie przeglądać co tam gdzie u kogo co nowego i takem u Szczura Jegomości nalazł Onegoż responsu na mój komentarz, w którym to responsie Ów mi przenosin gratuluje, a w linkach Jego jest jak wół odniesienie do "Dawnych tekstów Imć Wachmistrza z Onetu" po prawdzie tom nie jest z Onetu, ale niech Mu tam  . 
   Przyznam, żem osłupiał, zasię zgadywać począłem, czy Ów się szaleju najadł, oczadział czy flasze pomylił? Aliści, zapalczywość swoją znając i onej straszne czasem konsekwencje, żem pierwotkiem do dziesięciu zrachował, zasię raz jeszcze do półtorasta, bo nie przeszło. Potem myśleć począłem i poszedłszy za tropem ujrzałem, że prawda to...! :) Stoją jak wół pogderanki na Łotrpressie:
           https://pogderankiwachmistrzowe.wordpress.com/

ale kiedy, co, jak ? Zabijcie, nie wiem... :) Szczur jest człek zacności wielkiej, osobnik talentów niepospolitych i rozlicznych krawaty wiąże, wykrywa ciąże, a i przy tem jedynym przedstawicielem rodzaju ludzkiego, który mnie zachęcił do udziału w pogrzebie, prawda, że swoim, co cokolwiek przyjemność psuje, aliści jeśli przebiegnie choć w części podług szykowanego przez Szczurka scenariusza, to i tak się zapowiada impreza stulecia chyba, że padnę przed Nim... Niemniej jednak nie zdawał mi być na tyle w tem biegłym, by mi bloga przenieść, przez wzgląd na litość nad ułomnościami memi... Wtórym z podejrzanych zdał mi się Tetryk, który z pewnością by temu poradził. Myśl mi się zdała tak trafną, żem nawet zadzwonił z podziękowaniem, aliści Ów się wszystkiego wyparł dobra: udajemy, że wierzymy, sugerując jednak zarazem jakże to się stać mogło: owoż najpewniej moja próba zaimportowania na Łotrpressa bynajmniej się nie zamknęła w owych 24 godzinach i trwała sobie i trwała, aż do skutku doszła, tyle że już bez mojej wiedzy, świadomości i przytomności, o czym uwiadamiam tych, co w podobnej potrzebie...
   Teksty przeszły wszystkie, a nawet zdaje się w nadmiarze, bo część się zdublowała, czcionka czasem pokraczna w rozmiarze i kolorze, no i szlag trafił wszystkie mapki, grafiki, konterfekta i pejzaże, ale nic to wszystko, jak mawiał Mały Rycerz: przepatrzymy, opatrzymy jeśli rzecz będzie tego warta, a póki co ostawiam Was z tą dobrą nowiną, że jeśli mnie się ta rzecz powiodła, to znak, że się powiedzie każdemu...:)

_____________________________
* - dawniej się upierałem, że w maju, bom wtedy pierwszej noty napisał, bloga założył i noty próbował upublicznić. Przy moich talentach z tem ostatnim zeszło trzy niedziele, nim się pokazać raczyła, zatem dzień rocznicowy to 18 czerwca...

07 stycznia, 2018

O "złotym czółnie", czyli dla "złotych pociągów" alternatywa...

   Lectorów mam ja nad podziwienie grzecznych i 'kulturnych", tedy nie sarkają owi, nawet gdy ich odgrzewanemi kotletami karmić, aliści przecie byłoby nieludzkiem z czasu do czasu świeżego mięsiwa nie podać, tandem nie mieszkając bierzmy się do pracy, bo siła nam tu opowiedzieć przyjdzie, a więcej jeszcze pewnie pojaśnić, bo wojna, której się tkniemy, do najosobliwszych w dziejach naszych liczona być winna...
   Czemuż to tak, zapytacie...? No cóż mi rzec; że takiego nagromadzenia przypadków zgoła niezwyczajnych, paradoksów i absurdów, to nam się prawdziwie rzadko udało w jednej zmieścić wojnie. Weźmyż oto, że za sam fakt z Zakonem krzyżackim wojowania, króla naszego, Kazimierza Jagiellończyka, trzykrotnie interdyktem obłożono (razem ze wszystkimi poddanymi i Związkiem Pruskim, czyli antykrzyżackim ruchem oporu samych mieszkańców onych Prus, w znakomitej części już wówczas bynajmniej nie Prusów, a Niemców z urodzenia, bądź pochodzenia...)* .  Duchowieństwo nasze stanęło w swoistym rozkroku, podczas gdy prymas z jego częścią był za wsparciem Związku Pruskiego, a w konsekwencji i za wojną, przecie naówczas już kardynał (i z tego tytułu mający się za nad prymasa wyższego) Zbigniew Oleśnicki stanął temu naprzeciw i bruździł sielnie, szczęśliwie nie pożywszy nadto długo, by i może w czasie wojennym nie posunąć się do jakich działań, które by już i może się i o zdradę ocierały...
   Równocześnie po krzyżackiej stronie siła było zaciężnych czeskich, co krucjatowe krzyże na tuniki sobie naszywali tak, iżby widniejące na nich przódzi husyckie, ergo heretyckie przecie w oczach papieża i katolików prawowiernych, kielichy pozakrywać!
   Byłaż to i wojna, w której najwięcej sprawne działania wojenne toczone były... na morzu, o czem nam jeszcze siła tu pisać przyjdzie, mimo żeśmy przecie floty nie mieli, a Krzyżacy w wojowaniu morskiem z dawna do niemałej doszli experiencyi. W inszych wojnach naszych wodzowie i hetmani nasi sarkali nieraz, że się wróg tchórzliwie od stanięcia w polu uchyla, za murami fortalicyj i miast się chroniąc, znając, że nam w polu nie dostoją, a tu akuratnie jak nic, to myśmy w polu w d... wzięli jak mało kiedy w historyi naszej... Zamki dobywać zawszeć to nasza była Achillowa pięta, a tu przecie żeśmy ich nabrali nieskąpo, insza, że nie sztuką szturmową, czy oblężniczą, a może i mało honornie, przecie skutecznie: kupiecką...
   I o tem właśnie targowaniu nam dziś opowiedzieć przyjdzie, nim do owego właściwego czółna dojdziemy...
   Jakem w nocie sprzed lat  był pisał o bogactwie Zakonu przed Wielką Wojną z królem Jagiełłą i kniaziem Witołdem, któremu naówczas lekką ręką przyszło sypnąć 340 tysięcy dukatów Zygmuntowi Luksemburskiemu za to jedynie by ów w tej wojnie nam niejako "drugi front" otworzył, najeżdżając od południa, to w dziś opisywanej, wojnie trzynastoletniej, finanse Zakonu leżały właściwie w gruzach... I to pomimo posiadania przez nich pełnej kontroli nad całością handlu zbożem i wszytkiem, co spławiano tak Wisłą, jak i Niemnem! A to przecie bogactwo było niemałe, skoro mieszczaństwo pruskie o udział w tem, całej tej wojny rozpętało, jeśli pominąć kwestię swobód niejakich, co jednak zdaje mi się w tem całkiem drugorzędnem... Gdzież zatem owe przetracone grosiwo, zapytacie... Najprościej by rzec, że u tych, co najwięcej płakali po jego stracie, owe klątwy nam fundując, aliści takoż i u tych, których Krzyżaki najmowali do wojowania przeciw nam, a choćby tylko i do tego, by stali załogą w miastach i zamkach. Nigdyż przecie sami bracia nie byli w takiej liczbie, by samemu wojować, bez wsparcia najpierw "gości" z okcydentalnych krain, wojujących nominalnie za wiarę, choć więcej dla sławy i łupu, co się z punktu skończyło, gdy wyszło, że łatwiej tu samemu w niewolę popaść i grosz na wykup przetracić. Jako "gości" nie stało, przyszło najemnych zaciągać, a ci zawsze kosztowali fortunę... Ano i wyszło na to, że Jagiełło, zasię Jagiellończyk, wykończyli krzyżowych tą samą metodą, co Reagan Sowietów, przymuszając ich do niekończącego się finansowania armii, aż owa padając i państwo zawaliła...
   Z wojny samej początkiem, zaciągnęli Krzyżacy na załogi w zamkach pryncypalnych najemnych z Niemiec, tradycyjnie z Helwecyi, najwięcej zasię w Czechach, skąd pod dowództwem Bernarda Szumborskiego (to ten, co nam kota pod Chojnicami pogonił) i Oldrzicha Czerwonki z Ledecza, częstokroć zwanego w naszej historiografii z niemiecka Ulrykiem, przybyło ich jakie dwa i pół do trzech tysięcy chłopa...  Pierwotkiem rzeczy szły po krzyżackiej myśli, czego wiktoryja Szumborskiego pod Chojnicami najlepszym dowodem, aliści rychło sakiewka krzyżacka ukazała dno, a zaciężni się poczęli zaległego żołdu domagać coraz i więcej natarczywie, poczynając sobie z Krzyżakami bezceremonialnie, jako wówczas gdy Konrad Nostitz wielkiego mistrza Ludwiga von Erlichshausena za brodę wytargał w przytomności swoich żołdaków i braci zakonnych, wygrażając onemu, że jak grosza nie znajdzie, to go osobiście żywota pozbawi. Krzyżak się uląkł i, aby jakoś najemnych udobruchać, dokonał rzeczy niesłychanej: podpisał onym pergamina, podług których owi mogli dysponować bronionymi zamkami i miastami podług woli, jeżeliby dług zapłaconym nie został. I tak w maju 1455 roku Oldrzich Czerwonka stał się właściwie dysponentem zamku w Malborku, podobnie jak mniejszymi w Sztumie, Tczewie i Gniewie. 
    Krzyżowi na głowie stawali, by jakichbądź pozyskać pieniędzy, a póki co obiecywali Czechom zapłatę w coraz to nowych i więcej odwlekanych terminach. Zaciężni jednak wrychle się między sobą podzielili na dwa obozy, z których jeden, z Szumborskim na czele, skłonny był na krzyżacki grosz czekać i póki co, nadal z Polską wojować, jednak zdobywane zamki i miasta (Chełmno, Brodnica, Golub**) zajmował dla siebie, a nie dla zakonu; wtórzy zaś, Czerwonki za wodza mający, umyślili owych zamków królowi przedać polskiemu, jeno że zażądali tak wiele, że strona polsko-pruska rychło od pertraktacyj odstąpiła, widząc je niemożliwemi do sfinalizowania...
   Rok z okładem owe targi trwały (między latem 1455 a sierpniem 1456) i bynajmniej się z niemi nie kryto; Czerwonka nawet na sejm do Piotrkowa jeździł, by tam być wysłuchanym. Wielki mistrz miał zresztą coraz mniej do powiedzenia; w Malborku był de facto więźniem we własnej sypialni, choć i tej mu żołdacy przetrząsneli, szukając, czy w pościeli jakiego grosiwa nie skrywa... Osobna to niemal epopeja, jak król tych pieniędzy żebrał, zbierał, prosił i kombinował... Od biskupa krakowskiego "ze łzami w oczach" wybłagał sreber kościelnych jako zastawu pożyczki, której nawiasem nigdy nie spłacił, własnych przedał wszelkich drogocenności, od szlachty wydusił sporo za cenę przywilejów cerekwicko-nieszawskich, od Gdańska najwięcej, a i to jako pożyczki za "Wielki Przywilej", który de facto przyszłą tego miasta potęgę i niezależność zbudował, od mieszczan norymberskich, którzy przedali (jak rozumiem okazyjnie) sukno wartości ośmiu tysięcy grzywien polskich, które poszło w poczet należności (w umowie stało, że czwarta część kwoty być może w towarze wypłaconą).
   Pisał o tej sprawie Torlin ongi, którego najwięcej jednak zajmowało, czy miał król nasz do tryumfalnego do Malborka wjazdu moralne prawo, skoro go nie zdobył; pisali i inszy... Mnie w tem zaś najwięcej kwestie zajmują pieniężne, o czem jeszcze pisał będę, ale i epizodzik drobny, z owym czółnem tytułowym związany. Otóż w porozumieniu zawartym 15-16 sierpnia 1456 roku w Toruniu, jedną ze spraw kluczowej wagi było przekazanie najpóźniej do 7 września zaliczki w wysokości 25 tysięcy "guldenów" węgierskich***.   I po tą zaliczkę 4 września przybył do Torunia przedstawiciel Czerwonki, niejaki Hinko z Ledecza, pobrał onych i do Malborka wracał dwoma czółnami najsampierw Wisłą, zasię Nogatem. Pochodzenie onego nieprzypadkowe, bo to Oldrzicha był kuzyn, najwidniej zaufany, skoro do tejże misji posłany... 
   I ów Hinko wracać wracał, aliści nigdy nie wrócił... Już pod Malborkiem jego czółno się zderzyło z przęsłem starego mostu, co rozumiem, że jako jakiej jego podwodnej części i niewidocznej. Piszą****, że się czółno wywróciło i potopiło się sześciu ludzi z Hinkiem na czele i całym pobranym złotem... Imaginujcież sobie, jako się w Malborku na to zaciężnie wściec musieli... Że szukali, to pewna; pewne że i nie znaleźli, boć w dni niewiele potem pisał Czerwonka do Gdańska, że jakoby mięli tam kogo w odnajdywaniu pod wodą potopionych ładunków, to za sowitą nagrodą niechaj takiego do Malborka przyszlą... Czy Gdańsk kogo posłał, nie wiemy, ale nawet jeżeli, to i ten ktoś nic nie wskórał. 
   Ponoś dwa lata później kmiotkowie tameczni złota (i ciała Hinka z Ledecza) znaleźli i Czerwonce, natenczas już staroście malborskiemu z nadania Jagiellończyka, oddali, aliści nie sposób tej historii potwierdzić, a mnie się owa zda nader mało wiarygodną, czego zapewne w części kolejnej wyłuszczę...
   Podług mnie, skarb ów, a przynajmniej jaka jego lwia część w mulistościach Nogatu nadal zalega i jak komu nadto fatygi i kosztu gór i tuneli wpodle Wałbrzycha rozkopywać, może na brzegach Nogatu z łopatką urlop przepędzić, a jak ma jakiego jeszcze i do nurkowania apparatu, a i wykrywacza metali pod wodą działającego, to onego szanse na to, by takowych "goldguldenów" naleźć, wielce rosną:

których, jeśli  tej paginie: https://wcn.pl/eauctions/161124/details/64623
wierzyć, po półczwarta tysiąców złotych polskich spółcześnych onegdaj przedawano...

_____________________
* - legat papieski, Hieronim Lando (autor jednej z tych klątw), nawet usiłował zmajstrować przeciw krajowi naszemu krucjaty!
** - Golub właśnie znakomicie ilustruje ów między Czechami rozłam: 19 września 1460 Szumborski zajął miasto, w znacznej mierze dzięki zdradzie części mieszczan, ale zamku, bronionego przez Andrzeja Puszkarza i podległą mu załogę, nie zdobył i taki stan trwał niemal dwa lata, gdy miasta nie odbił... Oldrzich Czerwonka, teraz już z ramienia króla polskiego, który mu tegoż Golubia nawiasem nadał wrychle po dobiciu targu w sprawie Malborka i inszych fortalicyj.
*** - dałem owe guldeny w cudzysłów, bo dla mnie to pomieszanie z poplątaniem. Wszyscy wprawdzie o owych guldenach piszą, ale przekonany jestem, że idzie o dukaty lub, jak kto woli, floreny. Floreny i dukaty narodziły się w Italii jako odpowiedź miast włoskich na pojawiającą się potrzebę obsłużenia coraz większych transakcji coraz i bardziej wartościowym (a więc złotym) pieniądzem. Zaczęła Florencja przepięknie grawerowanymi monetami z herbem miasta, czyli lilią, co prostaczkowie rozumieli jako kwiat (fiorino) i to dla tego elementu, a nie dla nazwy grodu, ów pieniądz został florenem. Dukaty bić zaczęła Wenecja po 1284 roku, czyli w jakieś półtora wieku po Florencji, ale podług tejże samej zasady, czyli że obie ważą po 3,5 grama złota i obie wartać miały tyle, co karoliński funt denarów srebrnych. Miano zaś dukata się powzięło z sentencji łacińskiej, którą Wenecjany tłoczyły na obwodzie: Sit tibi, Christe, datus, quem tu regis iste ducatus (Niechaj ci, Chryste, będzie oddane to księstwo, którym rządzisz).Obie monety przyjęły się w całej Europie i traktowano je wymiennie i obie się nawet mniej więcej równo deprecjonowały: w Polsce za Łokietka wartały po 14 groszy, a za Olbrachta już groszy 30 w zasadzie były już pieniądzem mitycznym, bo wyparł je, równowarty im, czerwony złoty polski, czy jak kto woli złoty lub czerwoniec.
Od nazwy florena pochodzą zarówno węgierskie forinty, jak i… gulden właśnie, tyle że holenderski…:) Pierwotnie bowiem w Niderlandach tą monetę zwano „Gouden Florijn” (Złoty Floren). Ale na Węgrzech operowano jeszcze długo, długo florenami i gulden tam jako jednostka monetarna pojawiła się dopiero z przejęciem ziem węgierskich we władztwo cesarzy, a i to dopiero jako następstwo talara (a pierwszego talara wybito bodaj w 1519 roku). Tak czy siak, zarówno talar jak i gulden austriacki, czy później austro-węgierski był pieniądzem SREBRNYM i już choćby z tej racji nie może być z florenem tożsamym (choć bijący je władcy bardzo by tego chcieli, czego dowodem są bite na guldenach austriackich literki FL).
   Jak dla mnie to najprawdopodobniejsze jest traktowanie w artykułach rzecz opisujących dość swobodnie przeliczenia wartości florenów via talar na znacznie późniejsze guldeny, zapewne dla zobrazowania czytelnikowi XIX-wiecznemu wielkości omawianej kwoty (podobnie jak się to dziś czyni, przeliczając dzisiejszemu widzowi, czy czytelnikowi, wartość antycznych czy średniowiecznych skarbów na współczesne dolary). 

**** - „Geschichte von wegen eines Bundes” anonimowego XV-wiecznego kronikarza.

01 stycznia, 2018

W remanentach siedząc...

  Ano, jako już i lwia część z Was wie, a część już i, nolens volens, się przeniosła w przyjaźniejsze od onetowych strony, tako i ja się k'temu powoli sposobię z mojem dawnym blogiem, na Onecie właśnie poczętym i tam okrzepłym, zanim nas owo ladaco nie przegnało przed laty... Sposobiąc się zaś, co i rusz odkrywam jakich drobinek, czy i całkiem poważnych kwestyj, których poniemału tutaj przywoływać przyjdzie, iżby nie przepadły ze szczętem. Tekstu, którego dziś przywołać pragnę, sprowokowało przed laty cosi na kształt ankiety, której onetowy redaktor rozesłał do nas, blogerów kilku, których złączył cokolwiek sztucznie w jaką grupę opisywaną i rekomendowaną jako "Współcześni Sarmaci". Linku z tem tytułem, w tekście mojem * zawartego, nie ma jednak po co używać, bo ów tekst już nie istnieje, a mnie jeno pożałować, żem go w swoim czasie nie skopiował...
   Do owej grupy ów redaktor policzył okrom mnie jeszczeć i Pana Brata, którego przedsięwzięcie, cięgiem jeszcze w linkach moich obecne, nieczynnem jest i porzuconem bez wieści od lat wielu, a że autor, ongi mi i druh, z którym żeśmy siła maili pomieniali, od lat na moje nie odpowiadał, to i po prawdzie lękam ja się tu najgorszego... Trzecim być miał Jmość Keraunos, którego przedsięwzięcie wciąż żyje i po dawnemu jest niezwyczajnie hermetyczne, chociaż Autor już z rzadka pisze tam łaciną czystą, a więcej jednak się mową nam bawi współcześną...
  "Najmniejszej w tej mierze przewiny nie zarzucam ja Redaktorowi Jegomości tegoż o nas (o Panu Bracie, Imci Keraunosie i mnie) artykułu, co się był onegdaj na paginie pryncypalnej (nie pryncypialnej!!!) Onetu pojawił sub titulo "Współcześni Sarmaci", że się rzecz nieuchronnemi skrótami skończyła, co i myśl może naszą wypacza niekiedy...
   Wdzięczny Onetowi za onąż promocyją, przecie na pytań Imci Redaktora, żem się wypisał niczem jaki skryba dawniejszy, za opłatą ludziom epistoły piszący i od wiersza liczący, z czego się może zdań trzech uchowało w całości. Furda tam kwestyje najprostsze, furda, że mię nie pytał o lata, a potem odmłodził sielnie, za cóż, jak słusznie Vulpian przedkłada, jenom wdzięczen być winien:)... Furda i że mię tam bakałarzem nominowano, którem już z lat będzie dwadzieścia, jak nie jestem... Gorzej już i krzynę, że artykuł celowi założonemu miał służyć, a ten jeno wkoło Sarmatów i szlachty krążył, temuż przepadło, com przedkładał, żem nieherbowy i że nie jeno nad dworem dawniejszym się pochylam, ale i nad kuźniami, warsztatami, browarami, a nade wszytko nad włościanami...
   Dwóch jednak kwestyj przez Imci Redaktora stawianych podarować nie podaruję, bo mi się te rzeczy nadto ważkie widzą, temuż na skromną swoją miarę umyśliłem tu i pytania przytoczyć, zasię responsu mojego...
 "Pytanie 7. Co jest pociągającego w kulturze staropolskiej w porównaniu z polską kulturą współczesną?"
"Ad.7 Ano rzecz najpierwsza to bogactwo niemałe onejże, a to za tąż przyczyną, żeśmy się w nijakich nie okopywali szańczykach wpodle polskości rzkomej, że to już co kto tam z obca zabałakał, tak my już i nos zatykaj, bo nam śmierdzi... Przeciwnie, przyszedł Turczyn z rzędem i strojem swojem, to się go i bijało, aliści strój się wydał foremny, to i bez pół będzie z Oryjentu wziętem, to co się do dziś strojem staropolskiem zdaje. Szable, karabele, karaceny wszytko to przecie z obcej ongi powzięte jest sztuki. Jeszczeć i tego najwięcej w mowie poznać, w języku tak bogatem, tak dźwięcznem, tak wymownem, że to i dziś urzeka muzyką swoją.. Znaszże, Acan, jaką nacyją inszą, co by się po dziś dzień pospolicie w tekstach lubowała, co ustawicznie w słowie pełną garścią o parę wieków wstecz sięgają? I nie o jednem ja Sienkiewiczu prawię, boć owego jeszcze i szkoły wymagają.... Ale przymusza kto Sapkowskiego czytać, Baniewicza wczesnego, Komudy, Forysia? Że o swoich Lectorów gromadce wiernej nie przepomnę... W czem tych autorów spomnianych ta siła, co Czytaczom każe grosza supłać z kalety niemałego na onych xięgi? Ano pewnie, że w koncepcie własnem, piórze zacnem i wymownem, aliści bez językowej, mniej lub więcej udatnej stylizacyi wszytko to by psu się nie zdało na budę! Pewno, że ten język o każdem niemal czasie miał i swoich Miodków, i Bralczyków, co o jego czystość stali upornie i łajali srodze za onegoż kalanie, przecie w tem, że tu co dźwięcznego się od Madziarów powzięło, ówdzie co od Niemiaszków, od Tatarów zasię luboż i Wołochów toć przecie, co po wiekach widzim, mowie nie szkodowało wcale, a owszem owa się cięgiem rodziła de novo... Cięgiem żywa, co obcości łykała jak Zagłoba kołduny i nijakiej to onej nie czyniło po kiszkach dystrakcji! Zdrowy to był organizm, bujny a krzepki, to cóż mu tam miało zaszkodzić parę łyków niemczyzny, czy łacińskiego dekoktu... To i dziś może otuchą napawa, że przełkniemy i my... i daruj Waszmość verbum niepolityczne: wysramy i my tych nowinek angielszczyzną podszytych... I jest rzecz dziś znamienna, że się mowy naszej ten jeno ninie z obcych uczy, co tu dla jakich zamyśla bywać interessów, luboż i za affektem miłośnem może... Na palcach tych zliczyć, co ich ta dzisiejsza polszczyzna urzekła i temuż onej się akomodują radzi. A dawniejszej? Słuchał jej i czytał każdy rad dla niezwyczajnej urody, o co przecie do dziś najsążnistsze Litwinów i Rusinów żale, żeśmy im całą szlachtę ichniejszą na swój przekabacili sznyt. A to się przecie działo nie pod szablą, czy pod groźbą jaką naszą, jeno owi więcej radzi byli polszczyzny, boć ona dla nich polor znaczyła... A w czas smutny, gdyśmy już i postradali ojczyzny, małoż to nasłanych od Wiednia i Berlina czynowników się w drugiem, czy trzeciem pokoleniu pisało Polakami? I przecie nie dla kariery, czy dla profitu jakiego... Ot, urzekła ich mowa, urzekli ludzie... więcej widać od swojaków milsi...
  Pytasz mię, Waszmość, w czem też owa nad naszą dziś by kulturą górowała może? Ano najwięcej w tem, że tamta czego by się nie jęła, wraz tego przetworzyła po swojemu i we wszytkiem swego nadała rytu, czegom na dzieła bacząc dzisiejsze cależ nie tak pewny. A i co mi się jeszczeć tego pryncypalniejszem zdaje, to to, że czego dziś nie baczę, wraz mam ja poczucia, że autorowie jakiemi kompleksami podszyci, ustawicznie dowodzić probują, żeśmy od reszty świata nie gorsi, aliści przez to właśnie ustawiczne tegoż dowodzenie, ustawicznie też i te kompleksa sami przytwierdzają i gruntują... A takież myślenie u Polaka XVI, XVII-wiecznego było zgoła nie do pojęcia! Ów się w niczem nie czuł gorszym od nacyj ościennych, ba!... częstokroć może i lepszym, tedy najmniejszego by nie miał powodu, by z jakiemi kompleksami wojować... Insza, czegom też i wielekroć dowodził, nie miał on po temu nijakiej przyczyny, by się miał stydać czego..." 
 "Pytanie 8. Czego możemy nauczyć się od szlachty polskiej?"
"Ad.8 Długom nad tem dumał pytaniem, bo najpierwszego by się prosiło dopytać: „A od której to szlachty?” Bo raz, że owa nigdy nie monolit jaki, to i od każdego by czego zapożyczył inszego, aleć co najpryncypalniejsze: przez tych wieków parę, co pokoleń kilka onej się odmieniały przecie i poglądy, i pryncypia... Wierę ja, że jeśli na to brać, to rówieśnikowi Reja i Kochanowskiego bliżej by może duchem było do ziemianina z Międzywojnia, niźli do prapraprapraprapraprawnuka własnego, co mu przyszło w czasach żyć saskich! I jakobyśmy tak dzielić mięli, to bym może rzekł, że od tych szesnastowiecznych nobiles iście byśmy się uczyć mogli poczucia za kraj odpowiedzialności i troski głębokiej o interes publiczny, gdzie statystom dzisiejszym nawet tego nie dostaje, boć onym ów Radziwiłł postaw sukna szarpiący bliższy...
  Ale żem się i zżymał krzynę, bom dzielić tak nie chciał, a universum żem nijakiego początkiem znaleźć dla epok tak różnych nie umiał, przy tem nie chciał żem ja komunałów pleść o patryjotyźmie, Bogu i Ojczyźnie, bo tem niech sobie tężsi w tem dziele gęby wycierają... Znam ja, że nie masz przecie pytań durnych, są jeno durne odpowiedzi, ale żem ja takowej dojrzeć nie umiał, to nie powiem, że tam i na Waści głowę jakie się nie posypały gromy, bo Wachmistrz gorączka...:))
   Aliści olśniło nareście, najpewniej za przyczyną dwójniaczku wielce grzecznego, co to na względzie mając modus Imci Onufrego, jakoż tego oleum do głowy nalewać wypadnie, pijam rad, jako kompanija i sakiewka pozwoli... I bym co miał mianownikiem oznaczyć prze te wieki pospólnym, to by to jedno było słowo: profesjonalizm!
    Tak, tak! Czego by przecie o tej nie rozpowiadać szlachcie, to czy się owi wpodle folwarków trudzili swoich, czy się najmowali do tejże u możniejszych roboty, starczy poradników ówcześnych gospodarskich przepatrzyć, Haura, Zawackiego czy inszych, by pomiarkować, jak wielkiej a obfitej wiedzy był tem, co tem wszystkiem zarządzał! Spraw polowych pewno, że i włościanin każdy się wyuczy z latami i experiencyi nabędzie, przecie sprawy folwarku to nie jeno kiedy siać, a żniwo czynić kiedy... To i o pszczołach wiedza, a i o stawach, to i o rynku, kiedy i jak przedawać, a kupować czego... Może nam się i zdawać, że Mistrz z Czarnolasu jeno pod lipą siedział, rymy składał i węgrzynem zapijał, aliści ów się niechybnie nieraz i do nocy za sprawami gospodarskiemi natrudził! Taki folwark to przecie nic inszego jeno firma niemała, gdzie fachowców jest wielu i gdzie się może oracz na swojej jeno wyznawać robocie, a smolarz na swojej, aleć ów jegomość nad niemi wszystkiemi i znać się winien na wszystkiem i wszystkiego umieć ogarnąć!
   Weźmyż, że onemu rola niemiła i jako to pisał Pasek nie od tego on, „żeby w domu kury sadził, a kanię od kurcząt odganiał” i jął się jaki taki wojskowego rzemiosła, to tu takoż nam najwięcej ich za profesyjonalizm cenić. Zachwycają się dziś liczni husaryją naszą, a jakież to wojsko cudne, niby malowane, a szum tych husarskich skrzydeł za całą wiedzę starczy, że już ani wnika w to, żeśmy bodaj najpierwsi tego dokonali, by wojska trzymać małego, aliści ono, że za wszystko nastarczyć musiało, tak się w tem rzemiośle edukowało pięknie, że śmiało byśmy owych towarzyszy mogli ze spółcześnemi równać komandosami! Któż wie o tem, wieleż pracy kosztowało takiej usarskiej chorągwi ćwiczenie? Któż wie o tem, że niektórych zwrotów szyku i fortelów przy szarży się okrom naszej, nijaka się nie wyuczyła we wszem świecie jazda aż do napoleońskiej doby, gdzie już po husarzach ani pył po gościńcach nie został? Któż wie, wieleż lat się konia husarskiego szkoliło? A przecie z usarzami to jako z ta górą lodową, co jej sądzimy jeno po tem co widzim, czyli tej co nad wodą części... Okrom usarzów byli i towarzysze pancerni, cależ tamtych nie gorsi, jeno mniej zasobni; byli nareście i służący w lekkiej jeździe jeno z miana wołoskiej, czy kozackiej i insi, co też nie sroce spod ogona... Słowem, by chcieć czego za wzór dawać, to właśnie owych, co to może i po karczmach popijali luboż i po dworach swoich, może i dziewki psowali folwarczne, może ta i jeden z drugim miał jeszcze i za co insze Boga przebaczenia prosić, aliści jako przyszło się każdemu brać do roboty i czynności swoich, to daj nam Boże i dziś mieć takich od wszystkiego fachowców..."
________________________________________
* - oryginalny ów tekst ukazał się na dawnem mem blogu sub die 27 Decembrii Anno Domini 2009, zatem jeśli komu ciekawo go czas jeszcze jaki móc ujrzeć z komentarzami pospołu, tutaj go najdzie:
zasię pars wtóra:

31 grudnia, 2017

Obyście...

Wszytcy w zdrowiu jak najlepszym tego roku odchodzącego żegnali, jedni z żalem i na rok nowy z nadzieją, insi, jako i ja nawet i może z myślą, by przepadł precz i oby się taki długo nie przydarzył... Ci, których stać jeszcze na jakie nadzieje in futuram pokładane, onym życzę by się ziściły... A wszytkim by ten nadchodzący nowy nie przycisnął nas tak, żebyśmy i za starym nie zatęsknili, jako za tym, co wcale nie był taki zły... I z tym optymistycznym akcentem etc.etc... kłaniam nisko, za zdrowie i pomyślność przepijając Waszą...